Wildlife Pulse
Zaloguj Rejestracja
   
Rzecz o bażantach

![image](https://s3.eu-central-1.wasabisys.com/lbpwasabi/uploads/photos/2023/02/livebirdspoland_487be7cf57cd368fae5342bd87dc468d.jpg)


W poprzednim wpisie napomknąłem o bażancie, który wylądował w przydomowym ogrodzie. Było to w listopadzie 2020 r. Jego pojawienie się powiązałem z wiosennymi ptakami, ale nie bardzo teraz wiem jak wiosenne ptaki powiązać z listopadem. No cóż… do sprawy zapamiętywania powrócę w dalszej części tej historii.

Teraz chciałbym pochwalić się pamiątką tego doniosłego momentu, w postaci załączonej fotografii.


![image](https://s3.eu-central-1.wasabisys.com/lbpwasabi/uploads/photos/2023/02/livebirdspoland_94bf97acdf2f7c72ea0d166d5aaf3a14.jpg)


Zdjęcie zostało wykonane przez odchylone żaluzje w oknie tarasowym. Małe były szanse na to, że ten piękny kogut zechce zaczekać, aż wyjdę na zewnątrz, podejdę bliżej i sfotografuję go w całej swej krasie, aparatem przytkniętym do dziobu. Dał drapaka za płot, gdy tylko spłoszył go jakiś ruch w pomieszczeniu. Psim swędem trafiło mi się chociaż to, czym dysponuję. Na Googlu nie takie fotki można znaleźć, ale na mojej jest uwieczniony mój bażant, w moich progach.

Ta historia dotyczy jednak innych bażantów i chciałbym się nią podzielić z kilku powodów.

Przede wszystkim, wydarzenie miało miejsce na obrzeżach sporego miasta. Choć zamieszkałem w peryferyjnej dzielnicy Szczecina, to okolica była już wtedy zurbanizowana, a o trzy rzuty kamieniem zaczynała się ciasna zabudowa sąsiedniej miejscowości. Jakoś ta bliskość ludzi, ani w tamten czas nie przeszkadzała, ani obecnie nie przeszkadza lisom, dzikom, sarnom, zającom, czy bażantom właśnie. Cała ta kolorowa ferajna nader często zagląda, węszy, obgryza, ryje, przemyka… Człowiek już wie, gdzie lepiej nie iść, aby nie wystraszyć dzików, a dziki nie wystraszyły nas.

Wychowałem się na podhalańskiej wsi, ale ze zdziwieniem muszę przyznać, że tylu leśnych zwierząt, ile widziałem w mieście, to w rodzinnych stronach nie spotkałem. Wyjątkiem są żmije mające w górach wyjątkowo złą sławę i salamandry, wyciągane przeze mnie wielokrotnie ze studni, do której co i raz wpadały te dość niezdarne, ale za to przepiękne płazy. No i wilki, które na Podhalu widziałem z dużej odległości. Szły sobie trzy, jeden kilkadziesiąt metrów za drugim i przecinały zaśnieżone pustkowie, pomiędzy dwiema wioskami.

Drugi powód to fakt, że takie rzeczy, jakich byłem świadkiem nie dzieją się co kilka dni. Tak naprawdę zdarzają się raz w życiu i zapadają w pamięć na zawsze, a przy nadarzającej się sposobności, okazują się wdzięcznym tematem rozmów.

Otóż, pewnego styczniowego przedpołudnia, jadąc gdzieś samochodem, nie oddaliłem się nawet na kilometr od domu, gdy musiałem wstrzymać mechaniczne konie. Sprawcami przymusowego postoju okazały się dwa bażanty, które wzięły się za łby na środku drogi osiedlowej. Gdybym nie zwolnił kopyta, w powietrze wzleciałyby kłęby pierza, a ja, przez kilka dni, miałbym pieczyste na obiad. Żartuję oczywiście, trochę czarnego humoru nie zawadzi, bo w rzeczywistości nie było takiej opcji. Już z daleka widziałem bitewny pył i walające się po klepichu zwierzęta ogólnie, bo jeszcze nie wiedziałem, że to ptactwo. Zatrzymałem auto w bezpiecznej odległości, chwilę popatrzyłem z ciekawością pomieszaną z niedowierzaniem, wyciągnąłem telefon i pstryknąłem fotkę przez przednią szybę.


![image](https://s3.eu-central-1.wasabisys.com/lbpwasabi/uploads/photos/2023/02/livebirdspoland_8996d5ad3eee95f9ceef0e2c2876516f.jpg)


Mógłbym oglądać te zapasy choćby i dzień cały, ale trzeba było ruszać dalej. Tymczasem, te krewkie koguty nic sobie nie robiły z mojej obecności. Nacisnąłem nienachalnie klakson i dopiero wtedy obydwa samce zorientowały się, że otoczenie uległo zmianie i pora na przerwę w starciu. Podreptały na bok niespiesznie, jednym okiem obserwując mnie, a drugim konkurenta. Przypomniał mi się wtedy fragment ballady „Pani Twardowska” Adama Mickiewicza:

„Diabeł do niego pół ucha,

Pół oka zwrócił do samki,

Niby patrzy, niby słucha,

Tymczasem już blisko klamki.”

Nie wiem, czy kojarzycie, ale ta zabawna ballada ma 31 zwrotek. W podstawówce musiałem je wszystkie wkuć na pamięć. Nauczycielka odpytywała każdego ucznia, losowo, po kilka zwrotek, więc trzeba było w skupieniu uważać, aby móc kontynuować recytowanie, od miejsca w którym kończył poprzedni miglanc. Obroniłem się, bo znałem wszystkie 124 wersy śpiewająco i do tej pory, choć minęło już 40 lat, przypominają mi się fragmenty dzieła naszego Wielkiego Wieszcza, pasujące do różnych życiowych sytuacji.

Bażanty usunęły się zatem na pobocze, a ja przejeżdżając obok nich pstryknąłem kolejną fotkę, którą także zamieszczam.


![image](https://s3.eu-central-1.wasabisys.com/lbpwasabi/uploads/photos/2023/02/livebirdspoland_a86d4c200b30615e7a1d01cba253486f.jpg)


W lusterku bocznym zobaczyłem jeszcze to, czego można było się spodziewać i co dobrze widać na zdjęciu. Nie zanosiło się na polubowne zakończenie sporu o miedzę, podobnie jak pomiędzy Janosikowymi Kwiczołem i Pyzdrą. Ledwie odjechałem kilka metrów, a ptaki znowu rzuciły się na siebie i pierwszy drugiemu, a drugi pierwszemu zaczął spuszczać łomot. Nie mam pojęcia, który kogut wyszedł zwycięsko z tej potyczki. Przypuszczam jednak, że potomstwo któregoś z nich, do tej pory zamieszkuje łąki, które jeszcze w okolicy się ostały. Bażanty nadal często widuję, a niemal codzienne słyszę.

Niestety, zabudowa mieszkaniowa, choć ostatnio wyhamowała, to jednak nieustannie prze do przodu. Deweloperzy zagięli parol na porośnięte obecnie trawą i samosiejkami przestrzenie. W relatywnie niedługim czasie - za kilka, góra kilkanaście lat - zwierzaki będą musiały się przeprowadzić. Przykre to, ale jestem pewien, że sobie poradzą. W pobliżu mamy całkiem rozsądny spłacheć poligonu NATO, a nieco dalej osnowę Puszczy Wkrzańskiej. Ptactwo, dziki i zające mają więc gdzie przenieść swój dobytek. Wielka szkoda, że nie będziemy mogli ich zobaczyć lub choćby usłyszeć tak często, jak obecnie, jeśli w ogóle. O dziki jestem szczególnie spokojny. Pojawiają się zewsząd, zawsze znajdą coś do jedzenia oraz drogę do szybkiej ewakuacji.

Trzecia przyczyna, dla której wspominam tę bażancią awanturę, to postrzeganie i ocena upływającego czasu. Kilkanaście jesieni temu minąłem półmetek statystycznej drogi, prowadzącej na drugą stronę tęczy. Wiele razy przyłapałem się na tym, że zniekształca mi się oś czasu – tym bardziej, im więcej dopisuję krzyżyków do swojego wieku. Na razie mnie to bawi, ale zastanawiam się czy będzie mi do śmiechu za parę kolejnych lat.

Błądząc myślami po minionych dekadach, z uśmiechem na ustach, przywołuję w pamięci utarczki słowne pomiędzy moimi rodzicami. Byłem świadkiem tych przekomarzanek także wtedy, gdy miałem już swoje miejsce na Ziemi, a w domu rodzinnym bawiłem z własną rodziną, w roli gości z daleka.

Tata często opowiadał jakąś zazwyczaj zabawną historię z jego młodości. Wszyscy lubimy wesołe historyjki, ale te mojego ojca miały dodatkowy urok dla moich bliskich, ponieważ ojciec posługiwał się wyłącznie gwarą. W końcu był to góral z dziada pradziada i w świat nie wyrywał się wcale. Gdy w trakcie opowieści dopytywałem o osadzenie jej w czasie, tata natychmiast i niemal baz cienia wątpliwości odpowiadał:

- E z dziesiynć roków tymu.

Mama, słysząc takie przybliżenie, doskakiwała i ripostowała:

- Jakie dziesiynć?! Czydzieści albo i śtyrdzieści! Słysałaf te głupoty juz milion razy!

Aaaach, życie kołem się toczy, jeśli domyślacie się, co mam właśnie na myśli…

Tata, jak widać, „nieco” przestrzelił, ale teraz będzie próbka mojej orientacji w całkiem nieodległej przeszłości. Muszę przywołać kilka cyferek, więc przyda się skupienie myśli.

O swoim niecodziennym spotkaniu z bażantami opowiadałem kolegom z pracy w 2018 r., podkreślając, że miało ono miejsce 3 lata wcześniej, czyli rzekomo w 2015 r. Kilka dni później, jak na zawołanie, w telefonie wyskoczyła mi przypominajka, która pokazuje, jakie zdjęcia były wykonane danego dnia, ale w poprzednich latach. Pośród wyświetlonych fotek, były również te dwie, z nabzdyczonymi bażantami i pochodziły nie z 2015, lecz z początku roku… 2009. Z prostej matematyki wynika, że dziewięć lat skurczyło mi się do trzech. Nie dziwię się więc ojcu, że trzydzieści lat zaokrąglał do dziesięciu. Koniec, końców, jakie te kilka(dziesiąt) lat ma znaczenie? Wygląda na to, że takie „odmładzanie” odległych wydarzeń na osi czasu, pojawia się w kwiecie wieku, gdy zaczynamy czuć się dwudziestolatkami jeszcze bardziej niż dotychczas, a tempo upływających godzin i lat wzrasta wyraźnie i nieubłaganie.

Jeśli ktoś mówi, że czas gna do przodu jak szalony, to… wie co mówi. Takie sytuacje, uzmysławiają nam, że choć jest to wyświechtany frazes, to prawdy w nim okrągłe 100%. „Świento prowda” jak zwykł mawiać ks. prof. Józef Tischner, także góral z sąsiedniej wsi, nadmieniając przy okazji, jakie są inne jeszcze rodzaje prawd. Kto nie wie, a jest ciekaw, niech poszuka w necie i zrelaksuje się nieco.

Aby spiąć tę historię klamrą, powrócę do bażanta, który dwa lata temu wpadł do mnie na chwil kilka. Może to i ryzykowne założenie, ale ten wielkiej urody ptak może być synem, albo wnukiem jednego z tych kogutów, które 14 lat temu okładały się bez pardonu na „osiedlówce”. Czasem w głowie pojawi się myśl, że gdyby za kółkiem siedział łajdak i drań, bez mrugnięcia okiem rozsmarowałby na glebie to skaczące sobie do oczu towarzystwo. Przyjmując taki czarny scenariusz, to ten mój nieoczekiwany, skrzydlaty gość, mógłby nie być w stanie wpaść do mnie z wizytą. Jednak nie… nie będę zapuszczał się w naciągane spekulacje. Jeszcze chwila i ktoś uzna, że planuję przeczesać połacie wyschniętej trawy, dorwać tego nieboraka i wydusić zeń podziękowanie za ocalenie życia.

Poprzestanę na prawdopodobnym pokrewieństwie bażantów, z którymi zetknąłem się tak blisko, w odstępie 12 lat. A przede wszystkim na tym, że są to niewątpliwie cudne i wielce dostojne stworzenia.

Czy ktoś wie lub już sprawdził, jakie są trzy rodzaje prawd według ks. Tischnera?

Wszystkich gorąco pozdrawiam.

Marek
0 komentarzy