Potyczka z muzą

Z dedykacją dla wszystkich, którzy zmagają się z twórczą niemocą w każdej dziedzinie...?
.
.
„ Potyczka z muzą”
.
.
Usiadłam przy stole i tak dumam sobie,
że mam trochę czasu, to wierszyk wyskrobię.
Lecz nic mi się nie składa, temat się rozłazi,
myślę – muzę przywołam, może coś poradzi.
Gdy tak siedzę bez weny i po głowie się drapię,
moja muza śpi na sofie i w dodatku chrapie.
Więc huknęłam w stół pięścią, aż zadrżała ściana!
Obudź się i pomóż, moja muzo kochana!
Muza wciąż zaspana, złazi z sofy powoli
i ciągle ziewając obok mnie się gramoli.
Odetchnęłam z ulgą, bo z taką sąsiadką
wiersz szybko napiszę, wszystko pójdzie gładko.
Ale muza zamiast pomóc, to nagle biadoli,
że ją przez te moje wiersze, tylko głowa boli.
I gdera, że żadna tam ze mnie poetka,
jeno grafomanka, marna wierszo-kletka.
Ocenia moje wiersze, że są płytkie i proste,
a w nich rymy nieskładne – takie częstochowskie.
Wybrzydza, że zbyt mało metafor, przenośni,
oraz brak w nich głębi myśli, polotu, lekkości.
Gdy muza o mych wierszach tak gdera i gdera,
to mnie już zaczyna brać jasna cholera.
Muza wciąż mi dokłada, więc zerwałam się wściekła,
złapałam ją za kudły i tak do niej rzekłam:
- Liczyłam, że mnie wesprzesz jakąś twórczą weną,
a ty tą krytyką zrównujesz mnie z ziemią?!
Po za tym, masz u mnie darmowy wikt i opierunek,
mogłabyś choć za to, mi okazać szacunek!
A na koniec dałam muzie w nos małego prztyczka,
by wiedziała, że z niej muza, a nie jakaś tam krytyczka.
Muza blada z przerażenia omal nie zemdlała,
lecz zdołała mi wyszeptać: „– Tylko żartowałam…”.
Gdy emocje już opadły i ucichła słowna burza,
to skrobnęłyśmy ten wierszyk – ja i moja muza.
Show more

Z dedykacją dla wszystkich, którzy zmagają się z twórczą niemocą w każdej dziedzinie...?
.
.
„ Potyczka z muzą”
.
.
Usiadłam przy stole i tak dumam sobie,
że mam trochę czasu, to wierszyk wyskrobię.
Lecz nic mi się nie składa, temat się rozłazi,
myślę – muzę przywołam, może coś poradzi.
Gdy tak siedzę bez weny i po głowie się drapię,
moja muza śpi na sofie i w dodatku chrapie.
Więc huknęłam w stół pięścią, aż zadrżała ściana!
Obudź się i pomóż, moja muzo kochana!
Muza wciąż zaspana, złazi z sofy powoli
i ciągle ziewając obok mnie się gramoli.
Odetchnęłam z ulgą, bo z taką sąsiadką
wiersz szybko napiszę, wszystko pójdzie gładko.
Ale muza zamiast pomóc, to nagle biadoli,
że ją przez te moje wiersze, tylko głowa boli.
I gdera, że żadna tam ze mnie poetka,
jeno grafomanka, marna wierszo-kletka.
Ocenia moje wiersze, że są płytkie i proste,
a w nich rymy nieskładne – takie częstochowskie.
Wybrzydza, że zbyt mało metafor, przenośni,
oraz brak w nich głębi myśli, polotu, lekkości.
Gdy muza o mych wierszach tak gdera i gdera,
to mnie już zaczyna brać jasna cholera.
Muza wciąż mi dokłada, więc zerwałam się wściekła,
złapałam ją za kudły i tak do niej rzekłam:
- Liczyłam, że mnie wesprzesz jakąś twórczą weną,
a ty tą krytyką zrównujesz mnie z ziemią?!
Po za tym, masz u mnie darmowy wikt i opierunek,
mogłabyś choć za to, mi okazać szacunek!
A na koniec dałam muzie w nos małego prztyczka,
by wiedziała, że z niej muza, a nie jakaś tam krytyczka.
Muza blada z przerażenia omal nie zemdlała,
lecz zdołała mi wyszeptać: „– Tylko żartowałam…”.
Gdy emocje już opadły i ucichła słowna burza,
to skrobnęłyśmy ten wierszyk – ja i moja muza.