Utilizziamo cookie e tecnologie simili per mantenere Wildlife Pulse sicuro e funzionante e — con il tuo consenso — per ricordare preferenze come il tema di visualizzazione. I cookie essenziali funzionano senza consenso. Maggiori dettagli nella nostra Informativa sui cookie.
Impostazioni cookie
Scegli quali categorie di cookie e archiviazione consenti. I cookie essenziali sono necessari per il servizio e non possono essere disattivati.
Essenziali
Sempre attivo
Sessione di accesso, protezione CSRF, sicurezza e lingua dell'interfaccia memorizzata.
Preferenze
Memorizzare il tema di visualizzazione (chiaro/scuro) nel browser.
Analitica
Statistiche delle visite e misurazione dell'utilizzo (Google Analytics), solo con il tuo consenso.
ŁĘKNICA, województwo lubuskie, 80km na południowy-zachód od Zielonej Góry, granica państwa – czy ktoś tu kiedyś był? Czy ktoś słyszał co tu jest?
No właśnie, raczej niewielu z nas. A jest tu co oglądać, oj jest!
Kolorowych, mniejszych i większych jeziorek na tym transgranicznym obszarze jest prawie 350, a po stronie polskiej ponad 100.
Teren jest pofałdowany – to zasługa lodowca. Lądolód nagromadził też w tym miejscu ziemie bogate w pierwiastki mineralne, prawie wyciągając je na powierzchnię. W XIX stuleciu człowiek zbudował tu więc kopalnie i eksploatował te ziemie do połowy XX wieku. Krajobraz wyglądał wtedy…przerażająco. Jednak po zamknięciu kopalni natura zaczęła upominać się o swoje. Obszar ten objęto opieką i powstał w ten sposób unikalny, objęty protektoratem UNESCO Geopark Łuk Mużakowa w Łęknicy.
Szlak geoturystyczny „Dawna kopalnia Babina”…
To udostępniona w 2012 roku ścieżka edukacyjna poprowadzona przez najciekawsze rejony Geoparku.
Ścieżka liczy około 5km tak więc najlepiej zwiedzać ją rowerem. Ale spacer też będzie piękny . Szlak prowadzi z Nowych Czapli do Łęknicy (lub odwrotnie). Po obu stronach są bezpłatne parkingi.
Ścieżka prowadzi po terenach dawnej podziemnej i odkrywkowej eksploatacji węgli brunatnych i iłów ceramicznych. Co pewien czas spotyka się na niej tablice informacyjne, które w przystępny sposób tłumaczą co tu się tak naprawdę wydarzyło z punktu widzenia geologii, chemii, gospodarki i wreszcie ekologii (tablice w języku polskim i niemieckim).
Mamy tu jeziorka błękitne, granatowe, zielone, turkusowe, brunatne, rude, niemal czerwone… Te wszystkie barwy występują w zależności od wcześniej wydobywanego surowca. Węgiel brunatny na przykład pomalował wody na kolor brunatny, iły i gliny na zielenie i turkusy, piaski szklarskie na błękity.
Przy zbiorniku Afryka (bo kształtem przypomina odwrócony kontynent) stoi wieża widokowa, z której mogliśmy podziwiać ciągnącą się po horyzont zieleń lasów i dokładnie dostrzec kształt największego jeziora Geoparku. Gdy natomiast zeszliśmy nad sam brzeg oczom naszym ukazała się migocząca w słońcu feeria barw. Przypominało to raczej kunsztownie przyrządzoną wielowarstwową galaretkę aniżeli wodę. Wrażenie obłędne . A jadąc dalej w stronę Łęknicy było tylko lepiej
Kiedy zwiedzać Geopark Łuk Mużakowa
W zależności od pory roku, pory dnia, kierunku padania światła słonecznego – jeziorka są nasycone barwą o bardziej lub mniej intensywnym tonie. Najlepszy efekt jest gdy słońce pada prostopadle, czyli koło południa. Przy zachodzie, gdy promienie padają pod ostrym kątem nie ma już tak spektakularnych efektów. Najważniejsze jednak żeby jeziorka koniecznie, ale to koniecznie oglądać w słońcu! W pochmurny dzień w zasadzie nie wybarwiają się.
My mieliśmy niesamowite szczęście, gdyż na niebie nie było ani jednej chmurki. Żar lał się z nieba, ale woda nasycała się za to niesamowicie intensywną barwą. A jeśli zdjęcia wyglądają Wam na podkoloryzowane, to wierzcie – nie są. Tam tak po prostu jest .
Czy w jeziorkach można się kąpać
Nie. Jeziorka mają odczyn albo za kwaśny, albo za bardzo zasadowy. Co prawda nie ma nigdzie tabliczek z zakazem kąpieli, ale to raczej rozumie się samo przez się .
Park Mużakowski
Światowe Dziedzictwo
Park Mużakowski, inaczej Park Muskau, która to nazwa jest jego nazwą historyczną, został założony w 1. połowie XIX w. Twórcą parku – pomysłodawcą i autorem koncepcji – był pruski arystokrata, właściciel lokalnych dóbr, książę Hermann von Pückler-Muskau. Od 1992 r. park jest zarządzany przez Narodowy Instytut Dziedzictwa. To jedno z najrozleglejszych historycznych założeń parkowych w Europie, w którym zrealizowany został program kompozycyjny krajobrazowego parku angielskiego, należy do najwybitniejszych osiągnięć europejskiej sztuki ogrodowej.Leży w lubuskim w miescowosci Łęknica po stronie polskiej i Bad Muskau po stronie niemieckiej.
Park Mużakowski jako obiekt transgraniczny polsko-niemiecki został wpisany listę UNESCO w 2004 roku. Jest to największy park stylu angielskiego w Polsce i w Niemczech. Tereny parku rozciągają się po obu stronach Nysy Łużyckiej. Fundatorem parku był książę Herman von Puckler-Muskau, który po latach podróżowania po Europie, był tak zachwycony parkami krajobrazowymi Anglii, że w latach 1815-1844 założył własny ogród nad Nysą Łużycką. Park ten zaprojektowany został jako obraz malowany za pomocą roślin i wykorzystywał miejscową roślinność do podkreślenia walorów sielskości krajobrazu. Ozdobą Parku Mużakowskiego jest piękny zamek.
Park Mużakowski jest jednym z najbardziej rozległych europejskich zabytkowych parków krajobrazowych liczący około 700. hektarów powierzchni. Rozciąga się na naturalnie urozmaiconych terenach po obu stronach granicznej rzeki Nysa Łużycka, która rozcina przełomem potężną morenę czołową, nazwaną Łukiem Mużakowa. Większa część tego zabytkowego zespołu parkowego, znajduje się po stronie polskiej, w granicach gminy Łęknica. W obrębie historycznego parku zlokalizowane jest dawne graniczne przejście drogowe z Niemcami Łęknica – Bad Muskau.
Polska część parku uznana została w 2004 roku za Pomnik historii. W tym samym roku Park Mużakowski wpisany został na Listę światowego dziedzictwa UNESCO, jako jedno z najwybitniejszych dzieł europejskiej architektury ogrodowej dziewiętnastego stulecia. Polską częścią parku zarządza Narodowy Instytut Dziedzictwa w Warszawie. Fundacja Fürst–Pückler–Park Bad Muskau odpowiada za część po niemieckiej stronie granicy.
Park uznawany dziś za wspaniały przykład sztuki ogrodowej, założył w pierwszej połowie XIX wieku książe Herman Puckler-Muskau, wybitny znawca i twórca niemieckich ogrodów krajobrazowych. Zainspirowany ogrodami angielskimi, przekształcił z wielkim rozmachem swoją rezydencję w zespół o niezwykle wyrazistej kompozycji. W zamyśle twórcy miało to być miejsce, w którym łączy się natura, kultura i technika. Park wkomponowany został w rozszerzający się w tym miejscu, naturalny teren doliny Nysy Łużyckiej o urozmaiconych zboczach i wysokich tarasach osiągających do 60. metrów wysokości. Na krawędziach tarasów po obu jej stronach wniesiono budowle i urządzono miejsca widokowe. Szczególnie udane są obiekty rezydencjalne. Otoczone ogrodami, zdobne detalami architektonicznymi i roślinnymi, w dużej części zaprojektowane przez znanego niemieckiego architekta, urbanistę, projektanta i malarza Karola Fryderyka Schinkela.
Najważniejszą budowlą jest Nowy Zamek. Do miejsc polecanych przez przewodników uwadze zwiedzających, należą między innymi Wiadukt, Most Książęcy, Most nad Wąwozem, Most Królewski z ażurową balustradą. Do końca drugiej wojny światowej dobra należały do rodziny von Arnim. W realiach powojennych park podzielony został granicą państwową. Po niemieckiej stronie znajduje się centralna jego część z pałacem, głównymi budynkami i ogrodami. Natomiast po polskiej park o powierzchni około 500. hektarów. Obie strony łączą mosty. Most Podwójny oraz Most Angielski.
Od lat 80. ubiegłego stulecia oba państwa objęły park wspólnym programem rewaloryzacji. Park Mużakowski odwiedza rocznie ponad 300 tysięcy turystów z wielu krajów. Można go zwiedzać pieszo, rowerem lub konno czy bryczkami. Park udostępniony jest dla turystów bezpłatnie przez całą dobę, odpłatne są usługi przewodników. Najbardziej polecane turystom są spacery tematyczne prowadzone przez specjalistów z zakresu ochrony przyrody i krajobrazu, botaników i leśników. Spacer pozwala zwiedzającym w najlepszy sposób poznać przyrodę parku, budowę geologiczną terenu oraz bytujące w tym rejonie zwierzęta.
Wybierając się na wyprawę indywidualnie, nie powinno się zapominać o mapie i przewodniku turystycznym. Można się w nie zaopatrzyć w punkcie informacji turystycznej po polskiej stronie. Wzdłuż wyznaczonych tras jest wiele punktów widokowych, na przykład z Wzgórza Hilki roztacza się panorama na rzekę i Łąkę Zamkową z Nowym i Starym Zamkiem. Niezwykle romantyczna ścieżka Sary wijąca się w głębokim wąwozie prowadzi do uważanego za najładniejszy, Mostu Arkadowego. Dalej usytuowany jest Wiadukt, który stanowił wejście do parku od strony wschodniej.
Zmiana czasu obniża jakość snu, zmniejsza wydajność i może narażać nas na choroby
Zmiana czasu ma niekorzystny wpływ na nasze zdrowie. Ma to związek z ludzkim zegarem biologicznym, który synchronizowany jest przez naturalny rytm dnia i nocy, nie zawsze zgodny z czasem urzędowym. U wielu osób adaptacja do nowego rytmu dobowego może mieć poważny wpływ na zdrowie i samopoczucie.
W nocy z 28 na 29 października nastąpi zmiana czasu z letniego na zimowy - w niedzielę o godzinie 3 wskazówki zegarów zostaną cofnięte na godz. 2. Chociaż wielu z nas z przyjemnością przyjmie dodatkową godzinę snu, dla wielu osób przestawienie się na "nowy" czas jest długim, męczącym procesem, który może mieć niekorzystny wpływ na nasze samopoczucie i zdrowie.
Czas czasowi nierówny
Jak wyjaśniła Irena Iskra-Golec z Uniwersytetu SWPS, istnieją różne definicje pojęcia czasu. Najistotniejszy dla działania ludzkiego organizmu jest czas biologiczny. Nasz zegar biologiczny, wykształcony w procesie ewolucji, reguluje okołodobowy przebieg procesów życiowych wszystkich żywych organizmów, od ekspresji genów do złożonych zachowań. Ekspertka przekazała, że zegar biologiczny synchronizowany jest przez cykl światło-ciemność, czyli czas słoneczny.
Ze względu na zróżnicowanie czasu słonecznego w zależności od położenia geograficznego, konieczne było terytorialne ujednolicenie obowiązującego czasu. Nazywamy go czasem urzędowym lub zegarowym.
- Nie zawsze uświadamiamy sobie do końca, że czas słoneczny różni się nawet pomiędzy relatywnie niedalekimi miejscami na Ziemi. Przykładowo w Polsce maksymalna różnica czasu słonecznego wynosi około 40 minut i występuje między najdalej wysuniętym na zachód Osinowem Dolnym w zakolu Odry, a najdalej wysuniętym na wschód miejscem w Zosinie w zakolu Bugu - dodała.
Zaburzenie naturalnego rytmu
Zdaniem Iskry-Golec, dwukrotna zmiana wskazań zegarów w ciągu roku powoduje wiele konsekwencji wynikających z zaburzenia związków między czasem słonecznym, zegarowym i biologicznym. Zmiany te, szczególnie przy przejściu z czasu zimowego na letni, zwiększają różnicę pomiędzy tym, co człowiek musi wykonać ze względu na czas urzędowy, a tym, co podpowiada mu zegar biologiczny.
- Zanim nastąpi przystosowanie zegara biologicznego do nowego czasu, które u większości ludzi trwa zwykle do tygodnia, występuje wiele niekorzystnych konsekwencji dla szeroko rozumianego dobrostanu człowieka - wyjaśniła.
Jak pokazały badania naukowe, różnica między czasem urzędowym a biologicznym, zwłaszcza przesuwanie pór budzenia się na wcześniejsze, wiąże się w dłuższej perspektywie z pogorszeniem zdrowia, obniżeniem średniej długości życia i wydajności w pracy. Ponadto przyczynia się ona do występowania zaburzeń snu, które z kolei mogą narażać nas na rozwój wielu chorób.
Kret – opis, występowanie i zdjęcia. Zwierzę kret ciekawostki
Pod ziemią prawdziwa z niego wyścigówka. Kret nie ma sobie równych w drążeniu korytarzy i tworzeniu coraz to bardziej rozbudowanych, nowych labiryntów. Czasami przez jego działalność dosłownie można zapaść się pod ziemię, zwłaszcza w terenie, gdzie mnóstwo tych zwierząt, a co za tym idzie także mnóstwo wydrążonych przezeń korytarzy. Cała ta praca zostaje zwieńczona dużym, czarnym, usłanym grudami ziemi kopcem. W ich usypywaniu kret jest mistrzem.
Krecie spod ziemi, kim jesteś?
Kret europejski (Talpa europaea) to ssak z rodziny kretowanych, zaliczanych do rzędu ryjówkokształtnych. Ma walcowate pociągłe ciało, krótkie masywne kończyny zakończone dużymi, rozbudowanymi dłońmi, które działają podobnie jak łopaty. Całość zwieńczona ogonem. Pysk kreta jest stosunkowo długi, wyciągnięty przypominający pyszczek ryjówek lub rzęsorków i podobnie jak u nich wyrastają z niego włosy czuciowe. Tworzą go szczęka oraz żuchwa, które zawierają w sobie 44 zęby układające się w następujący wzór zarówno na żuchwie, jak również szczęce: siekacze – 3, kły – 1, przedtrzonowe – 4, trzonowce – 3. Chociaż uszu nie widać, to one są, tylko dobrze schowane pod gęstą sierścią zwierzęcia. Ich okolice zarastają specjalne tzw. włosy słuchowe. Na dodatek ucho zostało przykryte fałdem skórnym stanowiącym dodatkową ochronę, bowiem u kreta brak małżowiny usznej. Narząd zlokalizowany jest z tyłu czaszki. Wzrok nie odgrywa praktycznie żadnej roli w jego życiu, dlatego wykrywanie potencjalnych zdobyczy opiera na dwóch zmysłach: słuchu oraz czuciu. Zjada przede wszystkim owady, ich larwy, pierścienice, a nawet drobne kręgowce żyjące pod ziemią. Wszystko co nawinie mu się pod pysk, niemalże od razu zostaje przezeń wchłonięte. To wszystko odbywa się podczas budowy sieci korytarzy, a te mogą być bardzo rozległe i rozciągać się na odległości od 100 m – 1000 m. Jak na zwierzę, które waży zaledwie 120 gramów i dorasta do 17 cm, to wynik naprawdę niebywały.
opiec kreta
Swego czasu jedna z dużych firm spożywczych wymyśliła placek imitujący kopiec kreta. Muszę przyznać, że ten kto postanowił taki produkt wypuścić na rynek, miał naprawdę świetny pomysł, który sprawił że spojrzenie na krecie „budowle” nie było już takie samo. Przynajmniej moje. Za każdym razem, kiedy szedłem w teren, zwłaszcza wczesną wiosną, a byłem wtedy bardzo młodym człowiekiem, krecie kopce wydawały się takie smakowite. Chciało się je jeść, ale nie bardzo było jak. No bo wcinać ziemię? Bez przesady! Kretowisko – bo tak inaczej są nazywane kopce – na naszych łąkach pojawiają się masowo już pod koniec lutego. Na tle pożółkłych traw w oczy wpada czerń kopca. Dlaczego tak się dzieje, że akurat na łąkach ich tyle? Przede wszystkim dlatego, że tam nie ma drzew, ani krzewów, które mają dość silnie rozbudowany system korzeniowy. Ten służy zwierzętom za sklepienie wydrążonych przezeń korytarzy czy nowo zbudowanych nor. Na łąkach nie ma takiej możliwości. Są tylko ogromne fragmenty traw rozciągające się aż po horyzont. Gdy kret kopie albo norę, albo coś innego, wówczas w miejscach, gdzie nie ma czegoś co mogło by stanowić „sufit” powstają kretowiska. Zauważcie, że najczęściej te struktury są rozmieszczone w jednej linii, przeważnie o określonym przebiegu na danej łące, polu czy ogrodzie. Otóż kret drąży podziemne korytarze. Te korytarze mają pewien określony schemat. Właśnie wzdłuż tych korytarzy ułożone są kopce. Wszystko wygląda tak, jakby zwierzak miał pewien ustalony z góry plan działania, a to wcale nieprawda. Zwierzaki kopie tam, gdzie pozwalają mu na to warunki, czyli gdzie gleba nie jest zbyt twarda, nie ma zbyt wielu przeszkód i wreszcie kopie tam, gdzie może znaleźć coś do zjedzenia. Nie ma znaczenia, czy to łąka, pole, ogródek, śródpolne remizy. Kret kopie tam, gdzie akurat mu pasuje.
Bez oczu całe życie
Jestem w stanie się założyć, że niejeden zastanawiał się nad tym, czy kret ma oczy? Gdy się na niego patrzy w ogóle ich nie widać. Jest tylko kawałek aksamitnego futra, z łopatami, ogonkiem i ryjkiem, a oczy gdzie? Zgubiły się? A może ich w ogóle nie było? Może jednak są? Jak są, to gdzie w takim układzie?
Odpowiedź zaskoczy, bowiem kret ma oczy! Chociaż większość życia spędza pod ziemią, to także ten narząd posiada. Chociaż nie jest on tak rozbudowany jak w przypadku ssaków, które pracują wzrokiem. Oczy kreta w wyniku ewolucji zostały uwstecznione. To narząd niezbyt duży, ukryty pod futrem, umiejscowiony na głowie gdzieś pomiędzy otworem gębowym a uszami. Obecność oczu może wskazywać, na to że kret wcześniej był zwierzęciem, które jednak korzystało z uroków naziemnego życia. Musiał częściej wychodzić, bądź też w jakiś sposób, lepszy czy gorszy, funkcjonować w rzeczywistości oświetlonej światłem słonecznym. Ewolucja jednak postępowała dalej, i dalej, i w końcu doprowadziła do uwypuklenia cech umożliwiających funkcjonowanie pod ziemią. Małe oczka, ogromne dłonie niczym łopaty, opływowy kształt ciała oraz ciemne ubarwienie. Dzięki tym cechom doskonale radzi sobie pod ziemią. W tych warunkach wzrok jest mu do niczego niepotrzebny. Zwierzak bazuje na zupełnie innych zmysłach, zdecydowanie bardziej przydatnych, o których wcześniej już pisałem. Gdyby jednak znalazł się z jakiegoś powodu na ziemi, wtedy można przekonać się jaki jest szybki. Działa niemal jak maszyna, zminiaturyzowany zmysł wzroku zupełnie mu nie przeszkadza w tym, by znaleźć odpowiednie miejsce do kopania. Praktycznie od razu, kiedy tylko poczuje właściwej jakości grunt, zaczyna szarżę pod ziemię. Drapieżnikom trudno taką ofiarę wychwycić, bo z wysoka praktycznie kreta nie widać, zatem ptaki musiałyby się mocno natrudzić. Drapieżnik atakujący z ziemi, też ma nie lada problem, bo kret wyczuwając zbliżające się niebezpieczeństwo, jak na znak zaczyna kopać. Jak szybko się pojawił, tak szybko znikł. Zanim kot czy lis go dopadnie, kreta już nie ma. Z analizy ekosystemów oraz tego jak działa ta przyrodnicza machina, by dopaść kreta trzeba by żyć tak jak on. Napiszę Wam jednak krótką historię, która temu przeczy. Było to jakieś 10 lat temu. Na działce u dziadka mieszkała wówczas samica jastrzębia, którą się zajmowałem od pisklaka. Ptak trafił do nas, bo znajomi hodowcy gołębi wybrali ją oraz jej brata z gniazda. Niestety przy okazji zrobili jej wielką krzywdę - złamali skrzydło w stawie ramiennym, które źle się zrosło. Ptak nie był zdolny wrócić na wolność, to też miał zapewnione dożywocie u nas. Brat „Cziki” jak już się nauczył polować, wrócił tam skąd przyszedł. Zatem Czika – bo takie dostała imię – pewnego letniego słonecznego dnia wygrzewała się na stojaku w promieniach letniego słońca. Był to czas, kiedy ptak latał luzem, woliera była cały czas otwarta i miał całkowitą wolność. Czasami urządzała sobie przechadzki na pieszo po całej działce, a kiedy ujrzała, że otwieram furtkę do działki, wówczas przylatywała i siadała mi na głowie. Tego dnia było podobnie. Założyłem rękawicę, zdjąłem Czikę z głowy, a następnie posadziłem na stojak. Zostawiłem ją samą, by pójść naszykować jedzenie. Widziałem, że wole miała puste, a nadchodziła nieuchronnie pora karmienia. Kiedy skończyłem kroić mięso, zapakowałem je w specjalną, sokolniczą torbę, poszedłem do ptaka. Gdy już dotarłem na miejsce, oczy przecierałem ze zdumienia. Czika w swoich szponach trzymała kreta, którego już zaczęła „rozbierać”. To było coś niesamowitego, bo przekonałem się, jaką wspaniałą „maszyną biologiczną” jest jastrząb.
Przyjemne futerko nieprzyjemnego sąsiada
Wyżej opisana sytuacja sprawiła, że miałem okazję poczuć aksamit futra kreta. Delikatna, gęsta, miękka struktura oraz jej poczucie było czymś, co utkwiło w mojej pamięci i chyba zostanie ze mną do końca życia. Jestem o tym przekonany, że nigdy już czegoś takiego nie dotknę. Mógłbym kreta głaskać cały czas. Właśnie ta cecha kreta, czyli jego miękkie i jedwabiste futro, jest powodem dla którego poluje się na te zwierzęta. Podobno futro z kreta jest bardzo drogie i pożądane w szafach bogatych ludzi. W mojej z pewnością nie. Nasze współżycie z tymi zwierzętami to bardzo twardy orzech do zgryzienia. Z jednej strony są pożyteczne, bo utleniają glebę tworzoną siecią korytarzy, zjadają owady powszechnie uważane za szkodniki niszczące uprawy, z drugiej strony mogą powodować osłabienie wałów przeciwpowodziowych, czy swoimi kretowinami wpływać na estetykę mozolnie tworzonych przez nas ogrodów. To kolizja interesów, które nie są do pogodzenia. Bo kret będzie nadal kretem, a ogrodnik kocha swój ogród. Jeden i drugi nie odpuści. Aby trochę ulżyć ogrodnikom stworzono mnóstwo odstraszaczy czy pułapek. Jedne są bardziej skuteczne, inne mniej. Według naukowców zajmujących się tym tematem, najlepsze efekty osiągniemy, gdy użyjemy czegoś powodującego drgania. To podziała na zmysł dotyku. Kret wyczuje, że coś jest nie tak, i wtedy ustąpi. Wycofa się z naszego ogrodu, ale nie bez śladu. Na jakiś czas da spokój, jednak nie ma gwarancji, że będzie to trwałe.
Ekologia.pl (Kacper Kowalczyk, Czwórka Polskie Radio)
Jak odstraszyć myszy?
Choć są niewielkie, należą do intruzów, które potrafią skutecznie zatruć (czasem dosłownie) życie. Małe, żyjące blisko gospodarstw domowych myszy czerpią mnóstwo korzyści z przebywania w pobliżu ludzkich siedzib. To dla nich naturalne miejsce bytowania, gdyż łatwo mogą tu znaleźć najróżniejsze potrzebne im rodzaje pokarmu. Nim jednak pojawią się na Twoim terenie, można podjąć środki zaradcze, skutecznie zapobiegające rozplenieniu się ich po domu czy budynkach gospodarczych. Jak odstraszyć myszy? Dowiedz się tego poniżej!
Jedną z pierwszych czynności, jaką warto wykonać, jest dokonanie przeglądu łączeń wybranych powierzchni, a także elewacji. Wszędzie tam, gdzie znajdą choćby najmniejszą dziurkę – najpewniej będą próbowały się przebić dalej i dostać się do wnętrza budynku.
Jeśli nawet to zrobią – to jeszcze nie wszystko stracone. Bardzo ważne bowiem jest zabezpieczenie produktów spożywczych, umieszczonych czy to w spiżarce np. w piwnicy, czy w szafkach kuchennych. Z jednej strony – ogranicza to możliwość wywęszenia przez myszy domową ich potencjalnego pokarmu, a z drugiej – jeśli już go znajdą, nie będą w stanie się do niego przebić. Niewykluczone, że w ten sposób zniechęcisz je do osiedlenia się. Możesz je więc odstraszyć przez wzmocnienie wszelkich zabezpieczeń, chroniących przed nimi.
Zaproś do domu pupila, który będzie odstraszał myszy
Gryzonie te są bardzo nisko w łańcuchu pokarmowym. Większe mięsożerne zwierzęta, w tym m.in. pupile mieszkające pod naszymi dachami, mogą je łatwo upolować. Nie zrozum nas źle – kot czy pies, które zapraszasz do swojej rodziny, są przede wszystkim jej członkami i Twoimi podopiecznymi. Nigdy nie powinieneś motywować adopcji czworonoga koniecznością wysłużenia się nim. To po prostu dodatkowa korzyść, płynąca z przygarnięcia futrzaka. Jak to natomiast działa?
Wskazuje się, że już sam zapach drapieżcy polującego na te małe zwierzątka może odstraszyć myszy. Nazywa się to presją drapieżnika – gryzoń wyczuwa jego zapach i obecność, więc, aby być bezpiecznym, wycofuje się z jego terenu. Nie zawsze tak się dzieje, ale jest tak zazwyczaj.
Głównym wrogiem myszy w domu czy na podwórku, który może je skutecznie odstraszyć, jest kot. Jednak wybrane rasy psów również mogą pomóc w walce z nimi. Przykładowo – doskonale do tego zadania nadają się jamniki i mniejsze teriery, wykorzystywane gdzieniegdzie jako psy pracujące właśnie przy deratyzacji.
Środki, które odstraszają myszy (także domowe!)
Nie masz zamiaru adoptować kota lub psa albo ich obecność nie przynosi rezultatu? Trzeba sięgnąć po inne sposoby! Możesz do tego wykorzystać domowe metody odstraszania lub specjalne preparaty dostępne w sklepach działające na zasadzie wydzielania nieprzyjemnych dla myszy zapachów. Gryzonie te nie znoszą m.in. takich ziół jak rumianek czy mięta. Wsyp je np. do lnianych woreczków i umieść w miejscach, gdzie znalazłeś ślady tych zwierząt. Podobnie działają liście pomidorów, wrotycz i dziewanna.
W sklepach dostępne są także preparaty z olejkami eterycznymi z atomizerem. Skoncentrowane zapachy działają drażniąco na myszy i mogą je efektywnie odstraszyć. Wystarczy, że popsikasz nimi miejsca, gdzie żerują, a także pozostałości po ich gnieździe.
Urządzenia elektroniczne do odstraszania myszy
Dźwięki, których człowiek nie słyszy, bywają doskonale słyszalne dla myszy i innych gryzoni. Co więcej, mogą one działać na nie drażniąco. Wobec tego warto zainwestować w emitery sygnałów odstraszających. Wskazuje się, ze wybrane modele są efektywne nawet w promieniu kilkuset metrów!
Pozbądź się skutecznie problemu myszy w domu!
Łatwiej jest zapobiec problemowi niż go zwalczać. Dlatego, gdy tylko zauważysz pierwsze oznaki występowania gryzoni – przystąp do działań, które pomogą Ci je odstraszyć. Dzięki temu nie będziesz musiał się martwić o zdrowie i bezpieczeństwo swoich najbliższych, a Twoje zapasy pozostaną nienaruszone.
Gąski – opis, występowanie i zdjęcia. Gąski grzyby ciekawostki
Na dzień dzisiejszy do rodzaju gąsek (Tricholoma) zalicza się nieco ponad 350 gatunków grzybów – większa część z nich zlokalizowana jest w Europie. Nie są to bez wątpienia trofea leśnych zbieraczy, bowiem w przeważającej mierze bywają niejadalne lub nawet trujące. Nieliczne jadalne gąski nie przedstawiają wielkiej wartości gastronomicznej, stwarzają natomiast ryzyko nieprzyjemnej pomyłki.
Oryginalna nazwa rodzaju botanicznego Tricholoma wywodzi się od dwóch starogreckich słów „tricho” czyli włosy oraz „loma” czyli krawędź. Nie jest to określenie bardzo trafne, bowiem zaledwie niewielka część gąsek charakteryzuje się postrzępionym brzegiem kapelusza. Ogólnie rzecz biorąc, jest to jednak rodzaj dość zróżnicowany morfologicznie, więc niewątpliwie trudno jest go opisać zbiorczo jednym słowem.
Niewybredne jak gąski
Gąski są grzybami mikoryzowymi, czyli żyjącymi w ścisłej symbiozie z korzeniami drzew – zazwyczaj gatunków iglastych oraz szerokolistnych. Występują szeroko w lasach mieszanych, liściastych i iglastych, przede wszystkim na glebach wapiennych i piaszczystych. Wyjątkiem jest gąska topolowa (Tricholoma populinum), zagrożony wyginięciem w Polsce grzyb jadalny, który nie rośnie nigdy w lasach, ale wyłącznie w skupiskach pod topolami.
Poszczególne gatunki gąsek mają również swoich mikoryzowych faworytów. I tak dość powszechna gąska żółtobrunatna (Tricholoma fulvum) rośnie zwykle pod brzozami, gąska bukowa (Tricholoma ustale) wyłącznie pod bukami, zaś rzadka gąska pomarańczowa (Tricholoma aurantium), wpisana na „Czerwoną listę roślin i grzybów Polski”, występuje zwykle pod świerkami.
Pierwsze gąski pojawiają się w naszych lasach już w czerwcu, ale bardziej typowy jest dla nich sezon drugiej połowy lata oraz jesieni. Do późniejszych gatunków należą m.in. gąska ziemistoblaszkowa (Tricholoma terreum) oraz zagrożona wyginięciem gąska zielonka (Tricholoma equestre), rosnąca przede wszystkim w borach sosnowych i obserwowana nawet w grudniu!
Poza Europą gąski występują także dość powszechnie w Ameryce Północnej (ponad 100 gatunków) oraz niektórych rejonach Azji.
Gąsek po kapeluszu nie poznasz
Gąski nie należą do grzybów trudno identyfikowalnych, ale zarazem nie jest łatwo rozróżnić jeden gatunek od drugiego. Owocniki za młodu mają zwykle kształt dzwonkowaty, ale z wiekiem stają się wypukłe, a dorastać mogą do średnicy 6 cm, jak w przypadku gąski białawej (Tricholoma album) o kremowobiałym kapeluszu, lub nawet do 25 cm, jak to się zdarza u gąsek wielkich (Tricholoma colossus) o czerwonobrązowej barwie. Paleta odcieni jest bardzo zróżnicowana i obejmuje również wyraziście żółtą gąskę siarkową (Tricholoma sulphureum) oraz ciemnoszarą gąską niekształtną (Tricholoma portentosum). Wszystkie gąski posiadają blaszki wycięte przy trzonie, a na tym ostatnim może, ale nie musi, występować pierścień bądź zasnówka, czyli pajęczynowata osłona. Ponadto kapelusze bywają gładkie (przeważnie), ale mogą być również pokryte łuskami, jak w przypadku czerwonobrązowej gąski krowiej (Tricholoma vaccinum).
Wiele gatunków gąsek odznacza się łagodnym smakiem, który z czasem wyraźnie gorzknieje, a określenia zapachu oscylują od łagodnych (mączny, ziemisty) po dość ostre. Gąska mydlana (Tricholoma saponaceum) ma faktycznie intensywnie mydlany aromat; podobnie gąska jasna (Tricholoma stiparophyllum), natomiast gąska nieprzyjemna (Tricholoma inamoneum) pachnie metanem, a gąska siarkowa karbidem!
Trujące gatunki gąsek
Chociaż w obrębie rodzaju Tricholoma trudno jest znaleźć rywali dla muchomorów, spora część gąsek uznawana jest za trujące. Najgorszą reputacją wśród gatunków obecnych w Polsce cieszy się gąska tygrysia (Tricholoma pardinum) – średniej wielkości szarobrązowy grzyb o łuskowatym kapeluszu i neutralnym smaku. Na szczęście, jest ona dość rzadko spotykana, ale konsumpcja powoduje ostry nieżyt żołądka oraz jelit, bóle brzucha, wymioty i biegunkę, a w drastycznych wypadkach nawet zapaść i śmierć. W pierwszej połowie XX w. w Szwajcarii gąska tygrysia była odpowiedzialna za 20% wszystkich zatruć grzybami! Symptomy pojawiają się ok. 2 godzin po zjedzeniu i utrzymywać się mogą nawet do 6 dni, a w wielu przypadkach wymagają hospitalizacji.
Nieco mniej groźna dla zdrowia, ale wciąż trująca, jest szeroko rozpowszechniona gąska pieprzna (Tricholoma virgatum). W tym przypadku zaburzenia żołądkowo-jelitowe mają łagodniejszy przebieg, a grzyba jest stosunkowo łatwo rozpoznać po ostrym, pieprznym smaku.
Do toksycznych gąsek zalicza się również wspomnianą już gąskę mydlaną o szarozielonym kapeluszu, która zjedzona w większych ilościach powoduje u ludzi wymioty oraz gąskę zielonkę (Tricholoma equestre). Ta ostatnia przez wiele lat uznawana była za grzyb jadalny i dopiero seria zatruć w różnych krajach świata spowodowała przesunięcie ją na listę gatunków niebezpiecznych. Źródła naukowe podają, że w Francji i w Polsce odnotowano wiele poważnych zatruć objawiających się rabdomiolizą, czyli rozpadem tkanki prążkowanej, uszkadzającą przede wszystkim nerki. Gąska zielonka ma już na swoim „sumieniu” także śmiertelne zatrucia, ale zdania na temat jej jadalności mimo to są wciąż podzielone. W Japonii masowe zatrucia powoduje z kolei gąska bukowa, charakteryzująca się czerwieniejącym miąższem i dość pieprzna w smaku.
Niektóre gąski, takie jak np. gąska siarkowa są trujące na surowo (zawiera toksyny rozpuszczające krew), ale po ugotowaniu stają się zaledwie… niejadalne, ze względu na nieatrakcyjny smak.
Czubajka kania w języku angielskim nazywana jest grzybem parasolem, zaś w potocznej polszczyźnie funkcjonują dość podobne określenia: parasolnik, bedłka parasolowata czy deszczochron. Wszystko to za sprawą imponującego kapelusza, który niczym koronkowa czasza rozpościera się poziomo wokół. Czubajka kania to przy tym grzyb jadalny i bardzo smaczny na dodatek
Czubajka kania (Macrolepiota procera) pod względem botanicznym zaliczana jest do rodziny pieczarkowatych. Polscy grzybiarze znają ją również pod nazwą bedłki wysokiej, stroszki cielistej, czubajki sowy lub po prostu kani. Po raz pierwszy opisana została w 1772 r. jako gatunek pieczarki – dopiero po II Wojnie Światowej wyodrębniono ją jednak jako oddzielny rodzaj botaniczny.
Czubajka kania to grzyb kosmopolityczny
Czubajki kanie to grzyby, które bardzo dobrze zaadaptowały się do warunków klimatu umiarkowanego, podbijając znaczącą część świata. Powszechnie zbierane w Europie, rosną także w Ameryce Północnej, Japonii, Korei, a nawet Nowej Zelandii. W Polsce można je spotkać praktycznie na terytorium całego kraju, przy czym bedłki wysokie preferują łąki, trawniki, a także obrzeża lasów liściastych i iglastych. Możesz się na nie natknąć także na leśnych polanach, poboczach dróg, a nawet cmentarzach. Pod względem warunków glebowych preferują ziemią gliniastą o odczynie zasadowym, ale nieprzesadnie wilgotną.
Pierwsze czubajki kanie spotkać można już w czerwcu i rozpieszczają one grzybiarzy przez całe lato, aż do listopada. Szczególny wysyp czubajek odnotowuje się przy tym po letnich burzach. Grzyby mogą pojawiać się pojedynczo, choć częściej spotkamy je w postaci skupisk po kilka sztuk.
Możesz czubajkę kanie uprawiać!
Jako krewna pieczarki czubajka kania stosunkowo dobrze czuje się w przydomowych ogródkach. Dla smakoszy jest to wygodny sposób na stałą podaż pysznych grzybów bez ryzyka zebrania w lesie trującego sobowtóra. Aby zasadzić kanie potrzebować będziemy specjalnego podłoża z zarodnikami, które kupić można w specjalistycznych sklepach zajmujących się uprawą grzybów (również on-line). Podłoże owo ma postać substratu, który zakopuje się na obrzeżach trawników, w miejscach częściowo zacienionych, i przysypuje 3-centymetrową warstwą ziemi. Przy braku opadów zarodniki czubajki kani należy podlewać raz na tydzień. Grzyby pojawiają się zwykle w przeciągu 3-6 miesięcy od zasadzenia.
Chapeaux bas, czyli kapelusze z głów
Z wyglądu czubajka kania jest więcej niż charakterystyczna. Dojrzałe osobniki szczycą się bowiem szerokimi, płaskimi kapeluszami, które w średnicy osiągają nawet 30-40 cm! Zanim to jednak nastąpi, młode owocniki rozwijają się z okrągłych główek w zgrabne brązowe kopułki o nieco jajowatym kształcie. Z czasem kapelusz wyciąga się do boków i spłaszcza, a jego barwa nabiera jaśniejszych odcieni – od beżowego po kremowy, a nawet biały. Charakterystyczne są przy tym odstające brązowe łuski, które zdobią wierzch niczym kawałki sadzy. Brzeg kapelusza jest postrzępiony na kształt koronki i białawy, zaś powierzchnia sucha, nierzadko popękana. Ze spodniej strony widoczne są gęste i szerokie blaszki o białej lub ochrowej barwie.
Godny podziwy jest również trzon czubajki kani, który przypomina smukłą nogę baletnicy ozdobioną spódniczką tutu. Mowa o charakterystycznym pierścieniu, który ma charakter ruchomy i zazwyczaj oddziela górną, gładką i białobrązową część trzonu od tej dolnej, pokrytej ciemniejszymi prążkami. Noga czubajki kani może dorastać nawet do 40 cm wysokości i ma średnicę ok. 2 cm, przy czym u podstawy wyraźnie pogrubia się osiągając bulwiasty kształt.
Po przełamaniu kapelusza zobaczymy biały miąższ o bardzo przyjemnym grzybowo-owocowym aromacie. Jest on dość miękki i gąbczasty, nie ulega odbarwieniom i mało kiedy nęci owady. Stąd też czubajki kanie, nawet te największe, zbierane są zwykle w doskonałym stanie.
Niebezpieczne pomyłki
Powodem, dla którego wielu ludzi powstrzymuje się przed zbieraniem czubajki kani, jest realna możliwość pomylenia jej z muchomorem sromotnikowym, inaczej zielonawym (Amanita phalloides). Ryzyko jest o tyle istotne, że muchomor sromotnikowy należy do najbardziej trujących gatunków i jego spożycie, nawet w małych ilościach, często kończy się śmiercią. Sytuacja jest tym bardziej zdradliwa, że choć sromotnik powinien teoretycznie mieć zielonawy odcień, niektóre jego odmiany są całkiem białe. Młodsze osobniki posiadają również pierścień, który choć nieruchomy, wizualnie upodobnia je do czubajki kani. Eksperci radzą więc, aby przede wszystkim zwracać uwagę na bulwę u nasady oraz gładkość kapelusza muchomora sromotnikowego. Blaszki na wewnętrznej stronie kapelusza zrastają się ponadto z trzonem, w przeciwieństwie do kani, u której są wyraźnie oddzielone.
Bedłkę wysoką można również pomylić z innym gatunkiem – czubajką czerwieniejącą (Chlorophyllum rhacodes). Jest to teoretycznie grzyb jadalny, ale mało smaczny i u wrażliwych osobników wywołujący przejściowe dolegliwości żołądkowo-jelitowe. Czubajkę czerwieniejącą zdradza pomarańczowo-czerwona barwa pojawiająca się na blaszkach i miąższu po uszkodzeniu. W Europie występuje jeszcze bardziej toksyczny gatunek czubajki trującej (Chlorophyllum molybdites), której na szczęście jednak nie zaobserwowano dotąd w naszym kraju. Zbierając grzyby za granicą warto jednak mieć się na baczności.
Smaczna jak czubajka kania, ale czy zdrowa?
Czubajki kanie zaliczane są do wyjątkowo apetycznych grzybów. Ich smak opisuje się jako delikatnie orzechowy z silnym grzybowym aromatem. Niektórzy w swym zapale porównują nawet smażone czubajki kanie do kotletów schabowych, ale jest to dość spore nadużycie.
Czubajki kani pod żadnym pozorem nie należy jeść na surowo, bowiem mogą powodować dolegliwości żołądkowe. Nie jada się również trzonu, który bywa pusty i zdrewniały, ale tylko same kapelusze. Przed cieplną obróbką należy je dokładnie oczyścić, idealnie na sucho. Jeśli zdecydujemy się kapelusze umyć, trzeba je porządnie osuszyć.
Jak na grzyb, czubajki kanie są również dość atrakcyjne pod względem odżywczym. Niskokaloryczne, zawierają dość ciekawy zestaw soli mineralnych. W badaniach prowadzonych na północy Polski zidentyfikowano w kapeluszach pokaźne ilości cynku, fosforu, magnezu, miedzi oraz potasu. Ponadto, w miąższu obecne są również aminokwasy oraz korzystne dla zdrowia antyoksydanty.
Niestety, badane czubajki kanie nie były też wolne od szkodliwych metali ciężkich – znaleziono w nich ołów, kadm oraz rtęć. Naukowcy twierdzą, że konsumowanie dużych ilości czubajki kani w krótkim okresie czasu może doprowadzić do niebezpiecznego wzrostu toksycznych pierwiastków w organizmie. Grzybiarzom zaleca się więc mimo wszystko rozwagę!
Miodowa w barwie i rosnąca na pniu – taka w skrócie jest opieńka miodowa (Armillaria mellea), którą w Polsce znamy również pod nazwami pierścianka, podpieniek czy bedłka opieńka. Jedną z jej największych zalet dla smakoszy jest okres występowania – opieńki miodowe rozpieszczają bowiem nasze podniebienia, gdy innych atrakcyjnych grzybów już w lesie brakuje
Opieńka miodowa należy do rodziny obrzękowcowatych, która odgrywa zasadniczą, choć negatywną rolę w wielu światowych ekosystemach leśnych. Ekolodzy podkreślają, że grzyby te są w stanie rozkładać martwą tkankę drzewną, degradując często żyjące jeszcze drzewa. Wskutek swego rozwoju powodują bowiem białą zgniliznę drewna, zabijając młode osobniki i hamując rozwój starych. Oficjalnie uznaje się więc opieńkę miodową za pasożyta, a po raz pierwszy opisano ją już w 1790 r. jako grzyb należący do rodzaju pieczarek. Niestety, przez długi czas opieńki różnych gatunków traktowane były zbiorczo i do dziś wiele osób ma problem z ich rozróżnianiem.
Opieńka miodowa jest grzybem północy
Jak większość znanych nam gatunków jadalnych, opieńki miodowe są typowe dla lasów strefy klimatu umiarkowanego półkuli północnej. Popularnie występujące w Europie Środkowej, Wielkiej Brytanii i Skandynawii, są również znane w Ameryce Północnej. Ciekawostką może być fakt, że człowiek zawlókł je nawet do południowej Afryki. W naszej części świata sezon na opieńki miodowe trwa zwykle od września do listopada.
Opieńki miodowe, jak sama nazwa wskazuje, są nierozerwalnie związane z pniami drzew – zarówno martwymi pniakami, jak i żyjącymi osobnikami. Preferują przy tym gatunki liściaste, ale można je spotkać również na jodłach czy modrzewiach. Nawet grzyby wyglądające jakby rosły na gruncie, w rzeczywistości pasożytują na martwym drewnie, które zostało przysypane ziemią.
Towarzyski jak opieńka miodowa?
Opieńka miodowa nie jest indywidualistą. Spotyka się ją zawsze w skupiskach po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt sztuk. Poszczególne osobniki połączone są ryzomorfami, czyli długimi, czarnymi sznurami grzybniowymi, które pozwalają opanować korzenie „ofiary”. Owe ryzomorfy potrafią „podróżować” w glebie na długie dystanse, a gdy napotkają korzenie zdrowego drzewa, przypuszczają atak, rozwijając się w owocniki w przestrzeni między drewnem a korą. Od tego momentu zaczyna się gnicie tkanki drzewa, zahamowany zostanie wzrost, a roślina powoli obumiera. Ludzkie oko nie potrafi oczywiście dostrzec inwazji ryzomorfów, ale dla nas oznaką zainfekowania danego pnia jest wysyp jasnobrązowych owocników, które okrywają korę niczym pled z różnej wielkości pomponów.
Wizualna ewolucja opieńki miodowej
Najmniejsze, młode opieńki miodowe mają jasne, miodowe, wypukłe kapelusze o średnicy nieprzekraczającej 3 cm. Z czasem zmieniają jednak kształt oraz barwę, stając się coraz bardziej płaskimi i ciemniejąc w kierunku tonów oliwkowych, a nawet brązowych. Bardzo charakterystyczną cechą są przy tym drobne ciemne łuski koncentrujące się w środku kapelusza, które z czasem stopniowo zanikają. Od spodu opieńki miodowe mają cienkie, zbiegające się białe blaszki, które wraz z wiekiem stają się beżowe lub żółtawe.
Pojedyncze grzyby mają dość smukłe kształty, co zawdzięczają wysokim, cienkim trzonom, osiągającym nawet 18 cm. Mają one cylindryczny kształt, bywają wygięte, zaś u podstawy pogrubione lub nawet wrzecionowate. W odcieniu żółtawe, bywają pokryte drobnymi kłaczkami. Charakterystyczną cechą opieńki miodowej jest przy tym trwały, biało-brązowy pierścień.
Opieńka miodowa to grzyb, który świeci!
Unikatową cechą opieńki miodowej jest fluorescencja. Otóż, w nocy, grzyby emitują z siebie delikatnie zielonkawe światło, które przez wiele dekad było jedną z niewyjaśnionych tajemnic lasu. Dziś wiemy już, że to ryzomorfy w procesie oddychania komórek od godziny około 17.30 do 7.30 rano otaczają się delikatną poświatą, przy czym intensywność owego światła uzależniona jest od poziomu kwaśności gleby i obecności azotu w glebie w formie amonowej.
Odróżnić opieńkę od opieńki
Opieńka jako taka nie jest specjalnie trudna do identyfikacji, ale problemy stwarza prawidłowe odróżnienie poszczególnych gatunków. Opieńka miodowa w naszych warunkach najczęściej mylona się z opieńką ciemną (Armillaria ostoyae), której kapelusze są jednak znacznie ciemniejsze, wpadając wręcz w czerwonobrązowe tony. Bardziej obfite są również czarnobrązowe łuski, które sięgają aż samego brzegu owocnika. Podobnym gatunkiem jest również opieńka bezpierścieniowa (Armillaria tabescens), która, jak sama nazwa wskazuje, nie posiada jednak pierścienia na trzonie. Na szczęście, wszystkie te gatunki są jadalne, więc pomyłka nie stanowi żadnego zagrożenia dla zdrowia.
Niedoświadczeni grzybiarze mogą jednak również pomylić opieńkę z maślanką wiązową (Hypholoma fasciculare) – grzybem niestety dość silnie trującym. Rośnie on również w skupiskach, chętnie obsiadając pnie drzew, ale ma wyraźnie gorzki smak i żółte kapelusze, baz żadnych łusek. Po spożyciu powoduje bóle brzucha, mdłości i wymioty, ale zwykle bez długotrwałych następstw.
Mięso z opieńki miodowe? Tylko gotowane!
Miąższ opieńki miodowej jest blady lub cielisty z tendencją do łykowacenia wraz z wiekiem – stąd też młodsze osobniki stanowią większą atrakcję gastronomiczną. Nóżki są przy tym ogólnie dość włókniste. Zapach może być słabo wyczuwalny, lub przeciwnie, intensywnie grzybowy. Jeśli chodzi o smak, to surowy miąższ najpierw wydaje się być bardzo łagodny na podniebieniu, a następnie przechodzi w tony dość cierpkie, nawet gorzkie.
Owa goryczka nie jest przypadkowa. Choć bowiem opieńki miodowe uważane są za grzyby jadalne, w wielu źródłach opisuje się je jako warunkowo jadalne. Zjedzone na surowo lub niedogotowane mogą bowiem podrażniać układ pokarmowy i u niektórych ludzi wywołują symptomy podobne do silnego zatrucia żołądkowego. Specjaliści polecają więc obgotować zawsze opieńki we wrzątku przez minimum 20-30 minut, unikając wdychania oparów, które również mogą być szkodliwe. Następnie wodę należy odlać i wówczas grzyby można przetwarzać dalej. W tej postaci są nie tylko bezpieczne, ale także bardzo smaczne.
Uwaga!
Ze względu na toksyczne obciążenie dla wątroby opieniek nie poleca się konsumować wraz z alkoholem.
Ciekawostka:
Obecna w miąższu opieńki miodowej armillarydyna w badaniach laboratoryjnych wykazują działanie przeciwbakteryjne, a nawet przeciwrakowe!