M
Marek
@marek
12 following
12 followers
11
posts
29 octombrie 2023
Jerzyki czy szpaki?

Jakieś fatum sprawiło, że w ostatnich kilku tygodniach moje luźne myśli, z których część przelewam na strony zakątkowego bloga, materializują się w sposób odwrotny, niż bym sobie tego życzył.
Najpierw pod koniec marca w tekście ogłaszającym nadejście wiosny, naobiecywałem Dorocie, że do niej także zawita ta najbardziej wyczekiwana i wytęskniona pora roku. I co? Słabo to później wyglądało przez długie tygodnie, jakbym zły urok rzucił jaki.
Wprawdzie wszelkiej maści wczesne kwiaty i krzewy zakwitły wszędzie, a ptaki uwijały się w gniazdach nie zważając na kapryśną aurę.
Jeśli ktoś nie wyglądał z domu, to wystarczyło rzucić okiem na stronę „Leśnego Zakątka”. Zaklinaczy wiosny było wielu, ale najbardziej aktywnych wymienię pokrótce.
obfotografował chyba wszystko co w Warszawie i okolicy obsypało się pąkami, albo już zakwitło. Nie przepuścił także tym co „skaczą i fruwają”… Pamiętacie „Zwierzyniec” z fantastycznym Michałem Sumińskim?
Zdzichowi, w obfotografowywaniu oznak wiosennego przebudzenia w przyrodzie, kroku dotrzymywały Barbara_O, Beata_T, Bożena_K, Magdalena_L, Vixen. Rzekłbym, że Barbara i Bożena to nawet były o kilka kroków przed Zdzichem… Wyjątkowo sporo działo się w okolicy, gdzie obydwie panie mieszkają, więc i minireportaży pojawiło się wiele na zakątkowej stronie.
Zdjęcia Barbary świadczą o mnogości i różnorodności ptactwa pokazującego się w jej sąsiedztwie. Zaczynam się zastanawiać, czy nie powinienem zmienić miejsca zamieszkania…
Dzięki Januszowi, jakby kto się uparł, mógłby objechać Polskę, zwłaszcza Podlasie, z zamkniętymi oczami.
Ostatnio pojawiły się wysmakowane zdjęcia Wilka46, który zrywa się z wyrka przed kurami i gna w knieje i ostępy, aby kontemplować niezmierzone piękno Matki Natury i polować z aparatem na niezapomniane kadry.
Podobnie , mój ziomek z Podhala, który biega pomiędzy ponumerowanymi czatowniami w gorczańskich lasach, cierpliwie… czatuje na okazje i „strzela” z aparatu fotograficznego do wyjątkowych przedstawicieli rodzimej fauny. Trwa przy swojej pasji nie zważając na fakt, że czasami naje się strachu, gdy przy którejś z czatowni, zwierzyna czatuje na niego. Wybacz Greg, nie mogłem się powstrzymać…
i @Olimpia urządziły sobie zawody, biegały z aparatami po parkach i „strzelały” do grzywaczy, które w swych lichych gniazdach rozpoczęły wysiadywanie jaj. Te wielgachne dzikie gołębie nie wiedzieć czemu, mają skłonność do samobójczego lądowania na najcieńszych i najwyżej położonych gałązkach drzew. Przy swojej masie jest to wyczyn nie lada.
Poniższa fotografia, z zaznaczoną zwalistą sylwetką ptaka, jest marnej jakości, ale przedstawia opisane właśnie zwyczajowe zachowanie tego gatunku -– gołąb wagi ciężkiej, na witce w koronach wysokich drzew.

No i wreszcie Birds z Licją! Nie dosyć, że człek nie ma tyle czasu, ile by mieć chciał, na zaglądanie do Zakątka przez oko kamery i choćby przeglądanie czatu, to jeszcze doszły dwa kolejne przekazy na żywo - z bogatkami i „mojemi najulubieńszemi” szpakami.
Trudno, nadal nie będę się wyrabiał i z doskoku rzucę okiem to tu, to tam po trochę.
Osobną kategorię wpisów na stronie tworzy Teresa, której zabawne, poranne wrzutki sprawiają, że przynajmniej wchodzimy z większą werwą w każdy dzień. Na ile starcza tego paliwa, to już inna kwestia.
Za zdjęcie z jaskółkami cisnącymi się w gnieździe, przyznaję Teresie "Laur Wspomnień Szczęśliwgo Dzieciństwa".
Cudownie było i jest z tym kwieciem i zwierzyną wszelaką, jednak dla mnie i pewnie dla wielu innych wyjątkowo ciepłolubnych ssaków, tegoroczna wczesnowiosenna pogoda pozostawiała wiele do życzenia.
Pomimo niesprzyjającej aury i chłodów, na Jasnych Błoniach w Szczecinie, jak co roku w marcu zakwitło sto tysięcy krokusów, po znowu nienachalnej zimie. Na początku kwiecistego miesiąca, „Kurier Szczeciński” ogłosił zwycięzcę corocznego konkursu fotograficznego pod nazwą „Krokusy za krokusy”. W tej edycji, całe podium przypadło paniom, a za najlepsze zdjęcie jury uznało to, które wykonała Joanna. Widoczny jest na nim jeden z czterech kwietnych dywanów, przykryty lekką kołderką z mgły, pod ogromnymi konarami stuletnich, majestatycznych platanów.

Jeśli ktoś ma ochotę na więcej szczegółów, to służę linkiem do artykułu, w którym znajduje się cała galeria fotografii zgłoszonych do konkursu.
24Kurier.pl - Krokusy za krokusy 2023
Spodziewam się, że ta zabiedzona wiosna dotarła w końcu do Doroty i innych poszkodowanych, ale pociechy z niej nie było wielkiej i u mnie, mimo obiecującego preludium. Na szczęście wróble-wariaty, kosy, szpaki, bociany i inni goście przybywający z daleka, zrobili robotę jak należy, i niewątpliwie zasłużyli na lizaka.
Nie wiem czy złymi, ale niezamierzonymi, urokami nie ścignąłem nieszczęścia na Bertę, jedną ze srok, z którymi przyjaźni się .
1 kwietnia 2023 r., Vixen opublikowała alarmujący wpis o przykrości, jaka spotkała Bertę.
https://livebirdspoland.pl/posts/25508
Prawdopodobnie jakieś kocisko zaczaiło się i nawet napastowało niebogę. Szczęściem Berta ocalała, ale utraciła ogon i zanim pióra odrosną, będzie musiała nauczyć się latać z tym niekompletnym usterzeniem.
Wierzcie lub nie, ale kilka godzin wcześniej wracałem z zakupów do domu i na światłach obserwowałem srokę, która śmigała skądś i w charakterystycznym falowaniu przymierzała się do lądowania na szczycie ulicznej latarni. Zwalniając lot, rozpostarła ten swój długaśny i piękny kształtem ogon.
Przypomniałem sobie, że kilka dni wcześniej, pisała na czacie o tym, że raniuszki mają najdłuższe ogony w proporcji do długości ciała. Patrząc na srokę stojącą już na pewnym „gruncie” i podrygującą ogonem - oraz zapewne skrzeczącą, choć tego nie mogłem słyszeć - zastanawiałem się, jak w zestawieniu Jowity, wypadają sroki, które też przecież mają się czym pochwalić.
Nie ukrywam, że nieco zazdroszczę Vixen tych ciepłych relacji ze Sroczyńskimi, jak je sama nazywa. Jednak nie jest to niezdrowa zazdrość, a taka serdeczna na zasadzie: też bym chciał, ale mimo że nie mam, to ciszę się, że ty się cieszysz.
W komentarzu pod artykułem wykpiłem się od odpowiedzialności w związku z tym stresującym dla Berty zajściem, ale jak widać, mam teraz mieszane uczucia, bo to nie koniec.
Swoją drogą co za człowiek z tego kota? Nawet jeśli był to kot manx, to na co takiemu sroczy ogon?
Warta odnotowania jest data tej skandalicznej napaści. Jeżeli kot zna się na kalendarzu i wiedział, że był akurat Prima Aprilis, to grubo przesadził z wygłupami…Bardzo wątpliwe jest, aby Berta ubawiła się setnie, nawet po tym, gdy już czmychnęła zbójowi sprzed nosa i zostało jej pół.
Nie minęły dwa dni od tej hecy opisanej przez Vixen, gdy w domu mój wzrok padł na wiekowy, ale ciągle spełniający swoją funkcję, odkurzacz ze sterowaniem w uchwycie. Drugi w historii urządzenia przewód elastyczny był już dość sfatygowany i przemknęło mi przez głowę pytanie: kiedy i nań przyjdzie kryska? Nie zgadniecie! Nazajutrz, uchwyt ułamał się w dłoni żony w trakcie sprzątania. Pęknięcie nastąpiło w takim miejscu, że jakakolwiek naprawa z góry była skazana na niepowodzenie. Do domu dotarła już nowa część, ale muszę chyba pomyśleć nad poddaniem się egzorcyzmom.
Jakby jeszcze tego było mało, to mój ostatni tekst, w którym wspomniałem o modrosójce czarnogłowej, sprowadził na Olimpię dręczące myśli. Nazwa tego urodziwego ptaka z czymś się Olimpii skojarzyła i przez dwie niedziele nie dawała spokoju. Koniec końców Olimpia przypomniała sobie o modrowronkach i odnalazła ukojenie. Opublikowała nawet wpis, do którego podaję link, na dowód tego, że nie łżę.
https://livebirdspoland.pl/posts/25903
Prawda, że nie mijam się z… prawdą?
Za to Olimpię, która gdzieś wypatrzyła moją książkę podzieloną na rozdziały, mocno poniosła fantazja… Z tą książką to na pewno był komplement, więc z tego miejsca dziękuję, ale niech mnie czarna świnia powącha, jeśli kiedykolwiek pomyślałem o pisaniu książki. Ponadto, skoro już o tym mowa, stawiam jeden orzeszek przeciwko stu, że w całej Drodze Mlecznej nie znajdzie się wydawca, który zechciałby pochylić się nad tym chaosem myśli, jakie przelewam na stronice zakątkowego bloga.
Z tego niezamierzonego przeze mnie bólu głowy Naszej Drogiej Moderatorki, plus wyniknął taki, że mieliśmy okazję poznać kolejne skrzydlate piękności i przekonać się, że niebieski kolor w ptasim upierzeniu robi różnicę.
Przy omawianym ciskaniu uroków, nie zmienia to faktu, że gdyby rzecz z tymi męczącymi myślami miała miejsce tak ze trzysta lat temu, a Olimpia szepnęła słówko komu trzeba, to ani chybi, spłonąłbym na stosie.
Kilka tygodni wstecz, w poprzednim artykule, zachęcałem wszystkich do podjęcia działań mających na celu zwiększenie ilości miejsc lęgowych dla jerzyków. Jeśli za przyczyną mego apelu zawisła chociaż jedna budka, to już jest coś. Jerzyki wkrótce zawitają, a może nawet już gdzieś się pojawiły – wszak maj czai się za rogiem.
Swoją historię skończyłem na tym, że po urządzeniu w dachu ośmiu nowiutkich lokali dla tych sympatycznych ptaków, przygotowałem sprzęt nagłaśniający z nagraniem odgłosów gniazdującej pary jerzyków, a następnie zacząłem wytężać wzrok i słuch.
Zamiast budować napięcie, napiszę od razu jak mi poszło.
Otóż należy mi się medal, ponieważ już w pierwszym sezonie odniosłem pełny sukces „hodowlany”. Wszystkie miejsca lęgowe zostały zajęte. Rangę tego fantastycznego wyniku umniejsza nieco fakt, że wszystkie osiem budek zajął… JEDEN szpak!
Nie do wiary? A jednak tak było! Nie ma rzeczy niemożliwych, jak zwykł mawiać mój dobry znajomy, który w pewnym sensie wprowadzał mnie do zawodu. Wziąłem sobie te słowa do serca i w ciągu niemal trzydziestu lat pracy w branży morskiej, rzadko przekonywałem się, że starszy kolega nie ma racji. Trzeba wierzyć, że można pokonać najtrudniejsze przeszkody. A jeśli nie można, to takie zadanie nie do wykonania trzeba zlecić osobie, która o tym nie wie…
Nim na nieboskłonie pojawiły się jerzyki, otworami w białych panelach pod nawisem, zainteresował się szpak. Jak je tam wypatrzył pozostanie jego tajemnicą, ale domniemywam, że wpadł na to w taki sam sposób, w jaki szczygły „skubnęły się”, że w imbryczkach, które swego czasu wywiesiła w ogrodzie Vixen, znajdują się frykasy dla skrzydlatej ferajny.
Moje zaskoczenie było pomieszane z lekkim zawodem, radością i obawami.
Lekki zawód, bo przecież miały być jerzyki, a dla szpaków planowałem budkę na długim wsporniku, podobną do tej, jaką ze czterdzieści lat temu, w przydomowym warzywniaku rodzinnego domu, wyrychtował mój ojciec. Miała ona stanąć w kolejnym roku, więc ten szpak mógłby łaskawie zapytać czy tu się aby co dla niego nie szykuje i ewentualnie poczekać.
Zbastowałem szybko z tym stawianiem warunków, gdy tylko przypomniałem sobie, że być może w sprawie przyszłego zamieszkania swego pobratymca, dwukrotnie pojawiła się u mnie szpacza forpoczta. Raz ptaszki w słusznej ilości odwiedziły nasz ogród w lipcu 2008 roku. Z racji liczby niespodziewanych gości, uwieczniłem tę wizytę na zdjęciu.

Równie gromadnie zajrzały w lipcu 2016 roku, co także upamiętniłem na fotografii.

Tak wyraźnie te skrzydlate urwisy dawały do zrozumienia, że przydałoby się coś dla nich zorganizować, a ja dopiero po kilkunastu latach zacząłem ruszać tą ciężką makówką. Ach, naprawdę mam o to do siebie pretensje.
Czy to z porywu serca, czy z powodu obaw o kolejną wizytę licznych szpaczych kumpli z wojska, celem przekonania mnie, że szpaki to piękniejsza sprawa niż jerzyki, ostatecznie uznałem, że podchody jednego z nich, to żaden dla mnie zawód.
Radość rozpierała mą pierś, ponieważ choć bardzo liczyłem na zasiedlenie przynajmniej jednej z nowiuteńkich budek, to tak po prawdzie nie spodziewałem się, że prędko znajdą się ptasi lokatorzy, ze szczególnym uwzględnieniem jerzyków.
Poszukując informacji na temat przygotowania miejsc lęgowych dla tych pożytecznych ptaków, trafiłem na stronę fundacji „Ratujmy Ptaki”, gdzie znalazłem sporo porad i wyników obserwacji tych komarzych terminatorów. Tutaj ciekawostka, badania pochodzą z roku – uwaga, uwaga – 1952! Porównując treść tych wyników i opisy z „jerzykowych” przekazów na żywo, można dojść do wniosku, że mimo upływu lat, nic się nie zmieniło w zachowaniu tego konkretnego gatunku.
Pośród ogromnej ilości pomocnej wiedzy, trafiłem też na takie oto zdanie: „Znalezienie nowego miejsca gniazdowania może zająć jerzykom dużo czasu.”
Informacja podpięta pod transmisją na żywo z Pruszkowa, również nie dawała wielkich nadziei na rychły ptasi przychówek. Zamieszczam jej treść metodą kopiuj-wklej:
„Apartamentowiec jerzykowy, którego jeden z lokali można podglądać, został zbudowany 5 maja 2011 r. Znajduje się w nim 8 apartamentów gotowych do wprowadzenia :-). Pierwsi lokatorzy pojawili się w apartamencie Nr 1 w roku 2016. Do tego czasu (5 lat) zachęcano przyszłych lokatorów do zasiedlenia. Zanim jednak do tego doszło w apartamentowcu wychowały się dwa pokolenia bogatek :-), które przystąpiły do kolejnego lęgu jeszcze w 2018 r. W kolejnych latach liczba lokatorów rosła by w roku 2020 osiągnąć 6 par. Do roku 2020 w apartamentowcu zaobrączkowano 40 ptaków.”
Nie do pojęcia, 5 lat! Czyli nigdy, jeśli ktoś jest niecierpliwy.
Ale akurat pode mnie ukuto powiedzenie: „Cierpliwość palcem dół wykopie.” Poza tym, nie uszło mojej uwagi, że jeśli nie jerzyki, to może inne ptaszki będą miały pożytek z moich jesiennych zabiegów w roli Boba Budowniczego, na rzecz skrzydlatych braci mniejszych.
Jak zwykle przy pozytywnych emocjach, powróciły wspomnienia z beztroskiego dzieciństwa z rodzicami i ptactwem w rolach głównych, o czym szerzej rozprawiałem w poprzedniej historii.
Wspominanie przeżyć z lat szkolnych, które spędziłem na Podhalu, a do których raz po raz powracam, wywołują wrażenie rozlewającego się ciepła w mej duszy, poczucie spokoju i bezgraniczną wdzięczność dla mamy i taty. To oni odpowiednimi zabiegami i swoimi wyrzeczeniami doprowadzili mnie do tego miejsca, w którym jestem. Tak mi tu dobrze, że mogę jedynie powtórzyć za naszym znakomitym poetą, Władysławem Broniewskim, mniej zważając na tytuł tego wzruszającego wiersza:
„Mnie ta ziemia od innych droższa,
ani chcę, ani umiem stąd odejść […]”.
Szpak sposobiący się do zajęcia nowej budki lęgowej uradował również małżonkę, która donosiła w emocjach przez telefon, że widziała jak „kos” siłował się z pożółkłym liściem krokusa w naszym ogrodzie (czytaj: szpak zbierał materiał na gniazdo), i jak wylatywał z jednego z otworów w dachu.
To wylatywanie z budki odnotowałem dzień przed tym telefonem. Krzątałem się akurat w ogrodzie, gdy nad głową usłyszałem dudniący dźwięk, jaki pojawia się przy dotykaniu, a właściwie ocieraniu się o krawędź panelu PCV, z których wykonana jest podbitka. Na ten rezonujący odgłos podniosłem wzrok w kierunku szczytu dachu i zobaczyłem oddalającego się szpaka. Nie miałem pewności czy wyleciał z którejś budki, ale oczami wyobraźni ujrzałem go przeciskającego się przez jeden z ośmiu otworów, kilka sekund wcześniej.
Dla przypomnienia zamieszczam fotkę, aby było jasne w czym rzecz z tymi ośmioma otworami.

Nazajutrz najpierw był telefon od mojej ślubnej na temat „kosa” majstrującego w ogrodzie i pod dachem, a po powrocie z pracy, sam przydybałem gagatka na gorącym uczynku. Gdy parkowałem pod domem, zobaczyłem jak szpak do otworu wlatuje, a po chwili zeń wylatuje. Na dobry początek wybrał trzeci otwór, licząc od lewej strony, ale co było dalej, wyjawiłem na wstępie kontynuacji moich przygód z miejscami lęgowymi przygotowanymi z myślą o jerzykach.
Z tego miksu emocji, o których wspomniałem kilka… wiele zdań wcześniej, do omówienia pozostały jeszcze obawy.
Należę do kategorii osób pozostawiających zmartwienia na czas, w którym nie da się przed nieuchronnym uciec. Hołduję zasadzie, że nie ma co martwić się na zapas, albo też - nie ma co wywoływać wilka z lasu.
Może to i mało odpowiedzialne, ale dzięki takiej filozofii, zmartwień mam o wiele mniej i bardzo to sobie cenię.
Na ignorancję daję przyzwolenie w odniesieniu do siebie samego, ale gdy chodzi o innych, w tym przypadku ptaki, to już taki beztroski nie jestem.
Na stronie „Ptasi dom” natrafiłem na następującą informację: „Po powrocie na wiosnę, przywiązany do swego miejsca jerzyk z pewnością przepędzi nieproszonych gości i będzie mógł składać lęgi w „swojej” budce.”
Źle to nie wyglądało, bo mowa jest o powrocie jerzyka do swojej budki, a u nas póki co jerzyków nie było, więc trudno mówić o ich przyzwyczajeniu do miejsca.
Niestety nie pamiętam, na jakim portalu, ale bardziej istotne jest to, jaką informację na tym portalu znalazłem. Wynikało z niej, że jerzyki to… psy(?) na gniazda innych ptaków. Choć same są niewielkie, to prawdziwe z nich „rozbójniki”. Rzekomo potrafią wykopać z gniazda, większych od siebie latających kuzynów.
No i właśnie ta zdobyta wiedza była przyczyną obaw o los szpaka, który dopiero co zabrał się za urządzanie miejsca przyszłego lęgu. Za chwilę będzie bajerował „kobitkę” i być może po chwili szczęśliwości we dwoje, staną przed problemem bezdomności, za przyczyną krewkich jerzyków. Szpaki choć są większe, to różnica nie jest na tyle znaczna, aby mogły mieć pewność wiktorii w przypadku zwady o majątek.
Takie to obawy mną targały, ale ostatecznie machnąłem ręką i przyjąłem, że zrobiłem co mogłem, a ptasi awanturnicy, bo szpaki wcale grzeczniejsze od jerzyków nie są, będą musieli się jakoś dogadać.
Nim przejdę do dalszej części, w której opiszę jak to z tymi szpakami i jerzykami było, podzielę się jeszcze jedną zabawną ciekawostką.
Na przywołanej wcześniej stronie „Ptasi dom” znajduje się opis, który skopiowałem i zamieszczam z oryginalną pisownią:
„[…] Zacznijmy od wyjaśnienia jak w naturalnych warunkach jerzyki odnajdują miejsca gniazdowania. Pomagają im w tym wróble. Wróbel ma zupełnie inną biologię życia a tym samym i fizjologię. Łatwiej jest mu znaleźć miejsca lęgowe. Często można zauważyć wróbla jak przyczepiony pazurkami do elewacji lub zawisa w powietrzu i wypatruje miejsca do założenia gniazda. Jeżyk wykorzystuje tą umiejętność wróbli i podczas przelotów z dużą prędkością nasłuchuje treli wróbla, odnajduje miejsca jego lęgu i przejmuje je lub zajmuje miejsca sąsiednie jeżeli jest taka możliwość. Taką umiejętność jerzyków zauważaliśmy podczas obserwacji zachowań i zwyczajów tego gatunku. Tak więc jeżeli w naszym sąsiedztwie są gniazda wróbli możemy spodziewać się również odwiedzin jerzyków.”
Kto wytrwale czyta moje bajania, ten może pamiętać wpis z początku marca br., który zatytułowałem „Wróbli ci u nas dostatek”, a na stronie tytułowej zamieściłem foto z przesympatycznymi mazurkami.
Wiem, że z tymi wróblami różnie bywa w różnych rejonach kraju, ale akurat w Szczecinie wróbli naprawdę jest dostatek. Cieszy mnie ten fakt niezmiernie, bo dzięki nim pogoda w sercu jest zawsze, nawet wtedy, gdy za oknem rządzi plucha. W tym roku, głównie ze względu na wróble, nie rozebrałem jeszcze tego wielgachnego karmniko-paśnika. Trawnik wprawdzie jest zrujnowany w miejscu, gdzie zostawiłem stertę gałęzi po usuniętej glicynii, ale nic to. Wróble mają swoją redutę, a trawa to w końcu chwast, więc zregeneruje się w kilka tygodni. Zresztą sam planuję ją wkrótce zrujnować przeprowadzając coroczną wertykulację, czyli mechaniczne usunięcie zeschłej trawy, spomiędzy zielonych już źdźbeł.
Hmm... ostatnie słowo jest prima sort. Nawet my, Polacy, możemy sobie na nim język skręcić. Przypomiało mi ono slowo "żółć", którego wyjątkowość plega na zapisie przy pomocy wyłącznie polskich liter.
Pewnego ubiegłorocznego majowego dnia, zmaterializował się przytoczony opis ze strony „Ptasi dom”. Dzień trafił się chłodny i mglisty. Szpak urabiał się po pachy urządzając kolejne lokale, a ja odtwarzałem już nagranie z odgłosami gniazdującej pary jerzyków, bo te wyczekiwane ptaki doleciały już także do Szczecina.
Ze szczytu dachu poprowadzony jest biały przewód, który służy do zasilania bożonarodzeniowych ozdób świetlnych. Przewód przylega do elewacji i na załączonej fotografii można go wyraźniej dojrzeć pomiędzy długimi oknami. Drabina, rzecz oczywista, nie stoi przy budynku okrągły rok...

Wyszedłem na zewnątrz, aby sprawdzić, czy odtwarzane nagranie ma odpowiedni poziom głośności, a przy okazji przystanąć na chwilę i poobserwować szpaczą pszczółkę przy robocie. Spojrzałem w górę i parskając śmiechem niekontrolowanie się… oplułem. Przepraszam wrażliwych za to oplucie, ale nie uwierzę, że komukolwiek nie przytrafiło się to choć raz jeden w życiu.
Tego białego przewodu, nad syreną alarmową, uczepiło się pięć wróbli, które tak wisząc głową w bok trochę, w dół trochę, gapiło się na otwory w podbitce. Wierzcie mi, że wyglądało to przepociesznie i dlatego nie zapanowałem nad odruchami.
Wróbelki najwyraźniej szukały miejsca na założenie gniazda, ale podbitkę z jakiegoś powodu sobie odpuściły. Może szpak je przekonał, aby poleciały precz, może droga dojazdowa nie odpowiadała… Trudno zgadnąć, ale część z tych amatorów nowego domu, mogło ostatecznie wybrać istniejące gniazdo w ustach gipsowego słońca lub uwić sobie coś od zera w wybujałym pędzie glicynii. Pisałem o tym na blogu na początku marca. Kto pamięta, ten wie o co chodzi. Kto nie pamięta, albo pierwszy raz „słyszy”, a jest bardzo ciekaw, to musi poszukać, bo linków do swoich własnych wpisów nie zamierzam wstawiać.
Po tym jak szpak w sobie tylko znany sposób wypatrzył dobre lokum na gniazdo, zabrał się do prawdziwie tytanicznej pracy. O palącej się robocie w jego… rękach(?), świadczyła coraz większa ilość „śmieci” na trawniku i parapetach okien, które znajdywały się poniżej miejsc lęgowych. Ptak znosił sporo materiału na gniazdo, ale gdy przeciskał się przez otwór wlotowy, wiele z tego dobra gubił. Z tej przyczyny musiał pracować więcej i więcej. A nawet jeszcze więcej, ponieważ zaczął urządzać również sąsiednie miejsca lęgowe.
Taszczył te trawy, gałązki, pióra i wszelkie chaszcze - wytrwale i całymi dniami. Niektóre z tych wiechci były większe od niego, więc widok szpaka nadlatującego z wielkogabarytowymi „paściami”, wprawiał mnie w niemniejsze rozbawienie, niż te balansujące na przewodzie wróble prawie do góry nogami.
Raz przytargał wyschniętą łodygę jakiejś rośliny. „Rurka” miała około 50 cm długości i 1,5 cm średnicy. Nie mam bladego pojęcia gdzie planował podłączenie bieżącej wody lub kanalizacji. Plan jednak nie powiódł się, bo badyl runął na ziemię. Mimo to, ptaszek wzbudził tym wyczynem moje uznanie i aplauz.
Jak nadmieniłem, szpak zrazu zainteresował się otworem trzecim od lewej, ale wdziałem pracusia wlatującego i wylatującego z różnych otworów. Nie zaglądałem tam po sezonie lęgowym, jednak skłonny jestem wierzyć, że wszystkie osiem „chałup” jest ”umeblowanych” w mniejszym, lub większym stopniu.
W wiosennym wpisie informowałem o powrocie szpaków, które zajęły to samo miejsce, co rok wcześniej. Doposażyły je nieco, ponieważ znowu odnotowałem sporą ilość utraconego budulca.
Posprzątałem już to wszystko, ale nim wyrzuciłem do pojemnika, ułożyłem do zdjęcia.

Widać na nim wyschnięte trawy, łodygi powojnika, kwiaty hortensji, zielony liść żywotnika, gałązki brzozy, pióra i pozostałości innych roślin. Płyta tarasowa ma 60 cm szerokości, więc najdłuższa gałązka brzozy mierzy około 85 cm. I jak ten twardziel to przywlókł?
Z tym dużym, ciemnym piórem musi się wiązać jakaś tragedia. Szpak przytachał je zza ogrodzenia, gdzie trzy tygodnie temu znalazłem dużą ich ilość. Nie potrafię odgadnąć gatunku, do którego należą takie pióra. Podejrzewam bociana czarnego i wątpię, aby bez takiej ich liczby, jaka leżała za płotem, był w stanie ujść z życiem przed obiektem lub drapieżnikiem, którego miał nieszczęście spotkać na swym torze lotu. Przykre to…
Te pióra najwyraźniej są szpakowi bardzo potrzebne, bo kilka dni po uprzątnięciu tego wszystkiego, co na zdjęciu, widzę kolejną zgubioną sztukę.
W pierwszym sezonie, w przerwach i po skończonej robocie, szpak zajmował strategiczne miejsce nieopodal gniazda i rozpoczynał te swoje fantastyczne i widowiskowe koncerty z gatunku dźwięk i ruch. Śpiewał pięknie i dużo, a do tego reagował machaniem skrzydeł na widok każdego przelatującego pobratymca.
W końcu musiał spodobać się jednej z panien, bo zacząłem widywać dwa szpaki krzątające się koło budki lęgowej. Pani szpakowa najwyraźniej „klepnęła” najwyższe piętro, ponieważ do końca lęgu, tylko tam był ruch.
W tym czasie nie zrobiłem wielu zdjęć, ale na fotce wykonanej 16.06.2022 r. widać, gdzie szpaczek wlatuje z wiktuałami dla maluchów.

Wiem dlaczego para szpaków ostatecznie wybrała akurat tę, a nie inną budkę.
Lokale lęgowe przygotowywałem z myślą o jerzykach, które są niezłymi lotnikami, ale po podłożu poruszają się dość pokracznie na swych krótkich nóżkach.
Dwie najwyżej położone budki, czyli czwarta od lewej i czwarta od prawej, nie mają stałej przegrody między sobą. W trakcie budowy uznałem, że jerzyki nie poradzą sobie z pokonaniem pochyłej części podbitki, pomiędzy obydwoma otworami, a szczytem.
Tymczasem dla szpaków nie była to żadna wielka przeszkoda. Kroczyły zapewne po tej pochyłości w górę pomagając sobie skrzydłami i powodując przy tym niezły rwetes. Pokonawszy szczyt, zjeżdżały na kuprach na drugą stronę i wyglądały tylko lub wylatywały drugim otworem.
Ponieważ jeden rysunek znaczy więcej niż tysiąc słów, zamieszczam szkic, aby łatwiej było zrozumieć powód, dla którego górne mieszkanie okazało się tak atrakcyjne dla dorosłych szpaków.

Frajdę z możliwości zaznaczonej strzałkami, miały głównie młode szpaczęta, które nader często hałasowały skrzydłami i pazurkami w rezonującej podbitce. Raz po raz widywałem je wychylające ciekawskie dzióbki to z jednego, to z drugiego otworu.
Jednak nim szpacza dziatwa zaczęła monitorować świat na zewnątrz gniazda, najpierw musiały pojawić się jaja, a następnie pisklęta.
Nie wiem jak liczny był lęg. Nie da się tego stwierdzić bez kamery, fotopułapki, czy choćby uważnej obserwacji otoczenia budki, podczas wyprowadzki młodych.
Przy pisklętach uwijają się obydwoje rodzice, ale składaniem jaj tatko nie może się zajmować. Dlatego w czasie, w którym mamunia realizowała kluczową częścią zadania, partner latał na polowanie lub przesiadywał w niewielkiej odległości od gniazda. Okupował brzozę u sąsiadów, siadywał na kalenicy dachu, czasem przycupnął na starej antenie analogowej typu drabinka. Nie używam jej już, ale pozostawiłem na dachu, bo ptaki chętnie na niej odpoczywają.
Gdy nasz szpak tak spoczął któregoś dnia na środku anteny, przyleciała synogarlica i usiadła obok. Obydwoje zaczęli na siebie spoglądać – synogarlica z góry na szpaka, szpak z dołu na synogarlicę. To badanie wzrokiem trwało dłuższą chwilę. Dość powiedzieć, że ludzie już dawno uznaliby, że sytuacja stała się niezręczna.
Nie wiem czy ten mniejszy nie wyskoczył z jakimś tekstem do sierpówki, bo ta nagle nachyliła się w kierunku szpaka i chciała go dziabnąć. W obliczu ataku, mój fruwający sąsiad nie poderwał się w panice do lotu, jeno zrobił balans ciałem jak bokser, a następnie przesunął się o dwa kroki w bok i znów przycupnął, nie spuszczając wzroku z synogarlicy.
Gołąb musiał uznać zwiększenie dystansu personalnego za satysfakcjonujący, bo sam przestał się gapić, odwrócił tyłem-bokiem i… stracił zainteresowanie. Wobec nudy, która zapanowała po tym zajściu, szpak zawinął się i poleciał w dal szukać przygód. Być może to nawet on wpadł do Zakątka, postawił się grzywaczowi i natchnął Jowitę do napisania wiersza. Tak było, na pewno tak było. To, że spotkanie z synogarlicą i grzywaczem dzieli rok na osi czasu, nie stanowi chyba wielkiego problemu.
Wabienie jerzyków na nic się zdało w pierwszej turze powrotów z południowej Afryki, gdy przylatują dorosłe ptaki, zazwyczaj do sprawdzonych wcześniej miejsc gniazdowania. Liczyłem więc na młodzież, która wraca z Czarnego Kontynentu w czerwcu, w celu znalezienia odpowiedniego gniazda na przyszły sezon.
Liczyłem, wyglądałem, czekałem i się doczekałem.
Na początku, blisko domu zaczęło krążyć pięć jerzyków. Od razu widać było, że zainteresowały się tym, co dzieje się w podbitce budynku. Nie wiem czy bardziej je hipnotyzował widok krążących po strawę szpaków, czy jednak ta muza nadawana z głośników. Często przelatywały w odległości 1-2 metrów od budek, z głośnym i typowym dla jerzyków skwirzeniem. Ponadto, zataczając kręgi hen wysoko w górze, nie oddalały się zanadto od osiedla. Próbowałem obserwować je przez lornetkę, ale szybko musiałem zarzucić obraną metodę. Przez lornetkę widać niewielki obszar nieba, a te małe skubańce są tak szybkie, że nie sposób utrzymać je w polu widzenia.
Nie dało się także nie zauważyć, że od samego początku, jerzyki starały się „pomóc” szpakom w opiece nad przychówkiem. Na czym ta „pomoc” polegała? Szpaki mogły wracać z polowania bez cienia obaw o ewentualny atak drapieżnika. Jerzyki, które nie wiadomo skąd nagle się pojawiały, odprowadzały szpaki znad domu sąsiadów do miejsca lęgu, głośno przy tym wrzeszcząc. Wyglądało to jak klucz myśliwców eskortujących większy samolot.
Chyba ten rodzaj wsparcia nie do końca przypadł szpaczym rodzicom do gustu, ponieważ powrót z upolowanymi owadami, ptaki karmiące zaczęły dzielić na dwa etapy. Najpierw przysiadały w koronie brzozy rosnącej na posesji sąsiadów. Upewniwszy się, że "wsparcie" gangsterów im nie grozi, przelatywały do gniazda, gdzie rozlegał się pisk dziatwy oczekującej na posiłek.
Metoda nie zawsze się sprawdzała, ponieważ – jak już wspomniałem – jerzyki nagle spływały z nieba lotem koszącym i oczywiście z wrzaskiem. Czy świeżo upieczeni rodzice chcieli, czy też nie, gangsterzy organizowali konwój i siedząc tamtym na ogonach, odprowadzali na miejsce. Doleciawszy wspólnie do naszego domu, szpak zawijał pod dach, a jerzyki przelatywały nad dachem drąc dzioby na całą dzielnicę.
Szpacze dzieci rosły jak na drożdżach. Ledwo słyszalne piski piskląt stawały się coraz mocniejsze, by w końcu przejść w charakterystyczny dla tego gatunku mruczenie. Nim się obejrzałem, już opierzone ptaki zaczęły wystawiać przez otwory swe ciekawskie dziobki. Przez większą część karmienia, rodzice gramolili się z pokarmem do środka budki. Gdy małe podrosły i zaczęły spędzać czas przy otworze, dorosłe ptaki przekazywały im porcje jedzenia zawisając na moment w powietrzu jak kolibry. W ostatniej fazie wychowania, zatrzymywały się ze smakołykami w widocznym miejscu na krawędzi dachu i prowokowały młode do wyjścia na zewnątrz.
W przedostatnim dniu gniazdowania, obserwowałem przez lornetkę te zabiegi. W gnieździe pozostał już tylko jeden młody, który większość ciała wystawił na zewnątrz. Myślałem, że lada moment pofrunie, ale widocznie nie był jeszcze gotów na samodzielną eskapadę. Zapracowani rodzice co kilka minut meldowali się ze sporymi kawałkami białka. W krótkim czasie ostatni młodziak pochłonął trzy szerszenie, konika polnego i chrabąszcza majowego – wyłącznie owady wagi ciężkiej. To i nie ma się co dziwić, że lęg tak szybko wzrasta i jest gotów do opuszczenia gniazda.
To była ostatnia niedziela z tymi pierwszymi mieszkańcami ptasiego miniosiedla. W poniedziałek przywitała mnie cisza i całkowity brak dotychczasowej aktywności.
Zrobiło się smętnie, bardzo smętnie…
Humor nieznacznie poprawiało przekonanie, że w przyszłym sezonie szpaki pojawią się znowu. No i rzecz jasna jerzyki, z którymi jeszcze nie skończyłem.
Po zwolnieniu gniazda przez szpaki, te szalone maluchy zaczęły bardziej aktywnie rozpoznawać rejon, dotychczas zajmowany przez inny gatunek. Z rozbawieniem obserwowałem ustawianie celownika przez jerzyki. Szpaki, jeśli coś nie poszło przy lądowaniu, to zataczały ciasne kółko niemal w miejscu i poprawiały drugi raz, już bez pudła.
Jerzyki mają specyficzny sposób lądowania, który wymaga perfekcyjnego zejścia, podciągnięcia lotu do góry i hamowania na ostatnim odcinku 2-3 m. Jeśli lądowanie się nie udaje, a zwykle tak właśnie się działo, jerzykom pozostawały dwie opcje. Jedną z nich było uczepienie się swoimi mocnymi łapkami płytek elewacyjnych, podobnych kształtem do nierówności, jakie mają górskie skały w naturze. Po chwili odpoczynku i obserwacji, odpadały od ściany i leciały na drugi krąg. W innym przypadku, jerzyki rezygnowały od razu lub po muśnięciu podbitki.
Kolejne próby wiązały się z zatoczeniem kręgu, który umożliwiał jerzykom ominięcie wysokich drzew i wybór odpowiedniej ścieżki oraz kierunku nalotu.
W przeciwieństwie do szpaka, który zakręcał prawie w miejscu, jerzyki musiały przelecieć ok. dwieście metrów, aby ponownie znaleźć się w dogodnej pozycji startowej.
Prób lądowania w wybranym otworze było bez liku. Tym, którym się przyglądałem, zawsze towarzyszyło podekscytowanie - że jednak zauważyły te otwory, że prawie się udało, że zaraz odnajdą drogę do nowego lokum… Mimo mojego cichego dopingu, częściej widziałem ptaszki przyczepione do elewacji, ocierające się o cel lub przystające na moment na krawędzi otworu wlotowego. Czasami było zabawnie, gdy niemal wpadały jeden na drugiego. Rozpędzały się z daleka wszystkie naraz, deptały sobie po piętach, a w kluczowym momencie robiło się tłoczno.
Dlaczego nie wykonałem żadnego zdjęcia przy kilku takich okazjach? Choćby mnie kto przypalał żelazem i tak nic nie powiem, bo sam tego nie wiem. Coś czuję, że jak zwykle zakładałem, że jeszcze nadarzy się sposobność…
Niestety, gdy sposobność się już nadarzała, znowu nie byłem przygotowany. Do tego zmalała liczba jerzyków, których na początku było pięć. Ptaki zniknęły na dłuższy okres, gdy do Szczecina zawitały deszcze. Ponoć w poszukiwaniu odpowiedniej pogody i pożywienia, te ruchliwe ptaki potrafią przemierzyć nawet 1000 km! Trudno odgadnąć, dokąd zapuściły się „moje” jerzyki, ale na ostatnie tygodnie przed wylotem do Afryki, zamiast pięciu gangsterów, nad domem krążyli trzej muszkieterowie.
Jak mawiają: trening czyni mistrza. Najwyraźniej, dotyczy to także naszych skrzydlatych przyjaciół. Dwukrotnie byłem świadkiem, jak jerzykom udało się uczepić krawędzi otworu i wejść do środka budki lęgowej. Nie jestem pewien czy to był ten sam jerzyk, czy też dwa różne ptaszki. Raz zwizytowały miejsce opuszczone przez szpaki, a raz budkę piętro niżej, czyli tę, od której szpak rozpoczął meblowanie kawalerek.
Po pomyślnym lądowaniu, jerzyki siadały w pobliżu otworu i obserwowały teren przez „okno”, a ja je przez lornetkę zza samochodu. Takie testowanie trwało ze trzy minuty, po czym ptaki wyskakiwały ze środka i odlatywały do swoich zajęć.
Tyle widziałem na żywo, ale zakładam, że podczas mojej nieobecności, udanych prób podboju budek lęgowych mogło być więcej.
Co to wszystko może oznaczać?
Czy to zainteresowanie jerzyków przygotowanymi miejscami lęgowymi, to dobry prognostyk na przyszłość?
Czy to cokolwiek krótkie sprawdzenie jakości ewentualnych gniazd, świadczy o czymś dokładnie przeciwnym?
Pytania można mnożyć, ale nie potrafię na żadne z nich odpowiedzieć. Wkrótce przekonam się, czy i ile te ubiegłoroczne podchody przyniosą. Dla mnie fantastyczny jest sam fakt, że jerzyki już w pierwszym roku podjęły wyzwanie.
Ptaki w końcu przestały się pokazywać, więc pewnie odleciały do ciepłych krajów zgodnie z odwiecznym nakazem instynktu.
Ale mamy nowy sezon i nowe rozdanie Matki Natury.
Wróciły szpaki… wrócą i jerzyki!
Z tych jerzykowych gospodarskich oblotów okolicy, pozostało mi jedno szczególnie miłe wspomnienie.
Zdarzenie miało miejsce wieczorem, gdy ucichło już tło miasta. Samochody przestały jeździć zawzięcie, betoniarka na budowie obok zakończyła bieg, ekipy budowlane rozjechały się do domów, ustało rzucanie słów na k, ch i p odmienianych przez wszystkie przypadki rodzimej deklinacji, jeden dostawca pizzy dawno temu przejechał na jęczącej „pierdzikółce”, a drugi jeszcze nie nadjechał… Po prostu był to taki moment dnia, gdy zrobiło się tak przyjemnie cicho, że nawet słowo wypowiedziane półgębkiem w ogrodzie, zdawało się tę ciszę nadwyrężać.
Wtedy właśnie nadleciały one - jerzyki, pół roku wyczekiwani ptasi królowie przestworzy. Jakby świadome tej zachwycającej ciszy, również nie hałasowały tym swoim przeciągłym rjiiiii.
Przeleciały nad moją głową w starannym szyku trójkowym niczym wyszkolona eskadra myśliwców, na wysokości budek urządzonych z myślą o nich.
Odgłos szumu skrzydeł przecinających powietrze, do dziś mi siedzi w głowie.
Takiej niezmąconej ciszy życzę sobie i wszystkim umęczonym wszechobecnym hałasem.
W takiej ciszy łatwiej usłyszymy to, co przyroda chce nam szeptem przekazać.
Pozdrawiam ciepło wszystkich Zakątkowiczów i gości "Leśnego Zakątka"
Marek
0 likes
↻ 0