M
Marek
@marek
12 following
12 followers
11
posts
28 spalio 2023
Zaprośmy jerzyki pod swój dach

Wspomniałem już na tym blogu ze 2-3 razy o „Leśnym Zakątku”, jako miejscu inspiracji.
Wiele, jeśli nie wszystkie wiersze, które publikowane są na tutejszym blogu, wzięły się z podszeptu innych uczestników zakątkowego życia, nawet jeśli te osoby nie są tego świadome. A to zdjęcie, a to filmik, a to słowo rzucone w przestrzeń medialną, rozniecały i rozniecają twórczy płomień. Dzięki temu cała rzesza miłośników Zakątka ma możliwość zapoznania się z emocjonalnymi wierszami wolnymi Magdy, a Jowita i Barbara radują nas grą słów ułożonych w zgrabne rymy.
Nie sposób nie wymienić przy tej okazji Wiktorii, która po mistrzowsku namalowała już chyba więcej zwierząt, niż sam do tej pory znałem. Całe ich rzesze to stali bywalcy i nieco bardziej wycofani goście podglądani przez oko kamery „Leśnego Zakątka”. Niektóre z gatunków doczekały się wielokrotnych wznowień, jak choćby mysz. Hmm… Będę musiał zaczepić Wiktorię w sprawie pewnej skrzydlatej piękności, która niedawno zachwyciła mnie kolorem upierzenia i kształtem mordeczki. Tego niezwykłej urody ptaka zobaczyłem przypadkiem w filmie przedstawiającym podpatrzone gatunki awifauny amerykańskiej.
Film oglądany w jakiejś poczekalni, był jedynie z podkładem muzycznym i zaczynał mnie wk… irytować. Nie dlatego, że był bez dźwięku, a z powodu mojej zerowej skuteczności w rozpoznawaniu sfilmowanych fruwaków. Po studiowaniu katalogu ptaków w błogim dzieciństwie i niemal codziennym szkoleniu prowadzonym przez co bardziej „otrzaskanych” zakątkowych czatowiczów, liczyłem, że zabłysnę przed osobistą Piękniejszą Połową. A tu nic! Nul, lipa, poruta i obciach stąd do kosmosu. Dopiero po chwili okazało się, że one wszystkie, ptaki znaczy, są nietutejsze.
Z tego powodu musiałem się nabiedzić, by zidentyfikować konkretny gatunek, mając do dyspozycji jedynie pamięć wzrokową. „Niebieski kwiat i kolce, niebieski kwiat i kolce” – ten cytat ze Shreka mógł okazać się pomocny w zapamiętaniu tego, czego mam szukać po powrocie do domu.
Gdy wreszcie po pełnych napięcia i zwątpienia chwilach, udało mi się „upolować” gagatka, zakląłem szpetnie z radości, jak na Polaka przystało.
Tu dygresja - zakładam, że wiecie o wyjątkowej formie okazywania zachwytu przez nas - Polaków. Mam na myśli ogół społeczeństwa, z którym się utożsamiam, bez względu na to, czy jakaś polska przywara mnie dotyczy, czy też nie. Jeśli purystów językowych, erudytów i wszelkiej odmiany mistrzów słowa dotknie to, co zaraz napiszę, to z serca przepraszam, ale moją jedną z wielu słabości, jest nadmierna szczerość i marne umiejętności powstrzymania jęzora.
Otóż, Anglik w swym zachwycie krzyknie: „Wonderful!”. Niemiec, w podobnym stanie ducha, będzie mu wtórował wykrzykując: „Wunderbar!”. Co by powiedział Rosjanin, mało kogo ostatnio interesuje, więc sobie podaruję. A Polak? Ten złapie się za głowę i kilkakrotnie powtórzy: „ O k…, o ja p….!” Co, może tak nie jest?
Niezależnie od tego, co ja tam pod nosem mamrotałem natrafiając w końcu na właściwy gatunek, patrzyłem oto na piękno co się zowie. A podpis pod obrazem informował: modrosójka czarnogłowa.
Sami oceńcie. Czyż stonowana uroda tej „ichniej” sójki nie jest przedniej jakości?
Warto zwrócić uwagę, że Matka Natura nie pokolorowała nazbyt przesadnie tej przedstawicielki krukowatych. Jednakże, nie od dziś wiadomo, że często mniej, znaczy… więcej.

Od razu wykombinowałem sobie, że ten właśnie okaz, byłby bardzo wdzięcznym tematem dla naszej Zakątkowej Malarki. Kilka dni późnej sprawdziłem, czy Wiktoria namalowała ową ptaszynę. Okazało się, że tak i owszem, modrosójka czarnogłowa znajduje się w bogatej galerii obrazów i nazywa się Steller’s Jay.
Załączam link dla niedowiarków i leniwców, z którymi również się identyfikuję.
Steller's Jay (livebirdspoland.pl)
I teraz… jakby to… żeby nie ten… tego…
Dzieło jest już wiekowe, za moment minie 12 miesięcy od jego publikacji, na stronie Wiktorii zapadło się głęboko pod naporem nowszych płócien, zaraz może popaść w niełaskę pamięci, a do tego nie ma polskiej nazwy. Chyba nie wybiegnę przed szereg, jeśli stwierdzę, że fani artystki zawłaszczonej przez społeczność Zakątka, mieliby chęć przypomnieć sobie, lub pierwszy raz zobaczyć tego wielkiej urody, choć mało barwnego ptaka, w nowej, jeszcze lepszej interpretacji malarskiej.
Ma ktoś chody u Wiktorii i przekaże Jejmość Pani, że jest garść słusznych powodów, które przemawiają za powtórnym zmierzeniem się z tematem?
Kończąc temat inspirującej roli „Leśnego Zakątka”, chciałbym jeszcze nadmienić, że oprócz wymienionych Pań, mamy jeszcze wielu przedstawicieli obojga płci, którzy na stronie Zakątka dzielą się swoimi fotografiami, nagraniami z telefonu, nagraniami z fotopułapek, bieżącymi informacjami na temat otaczającej ich przyrody. Nie brakuje wymiany porad, wiedzy i emocji związanych z podejmowanymi działaniami na rzecz zwierząt. Ba! Choć mniej a propos przyrody, nawet przepisy na różnego rodzaju kulinarne pyszności latają we wszystkich kierunkach. Aż mi ślinka cieknie!
Pisałem już kiedyś, że dzieje się i zdania nie zmieniłem! A wszystkie te pozytywne myśli, mimo iż płyną z różnych stron naszego pięknego kraju, to w lesie pod Żywcem mają swoje źródło i tutaj ponownie się ogniskują. Silniejsze, bo wzmocnione Waszą energią i z serca płynącą szlachetnością.
To, co wydarzyło się na czacie Zakątka półtora roku temu, skłania mnie do podniesienia rangi tego magicznego miejsca. W mojej ocenie nie jest ono jedynie inspirujące. Tutaj mogło mieć miejsce nie tylko moje olśnienie, czy przebudzenie. Muszę dodać coś na marginesie, bo ostatnie słowo w poprzednim zdaniu nasunęło mi pewne skojarzenie. Jeśli ktoś nie oglądał jeszcze filmu „Przebudzenie” z Robinem Williamsem i Robertem De Niro, to pora nadrobić zaległości. Ten znakomity obraz sprzed dobrych 30 lat, gra na wszystkich strunach naszych uczuć. Baaardzo dobre kino, jeśli w dwie godziny chcemy przeżyć emocjonalny „roller coaster” i poczuć się ubogaceni duchowo.
Końcem lata i początkiem jesieni 2021 roku, na nocnym czacie spotykało się kilkoro uczestników tzw. nocnej zmiany. Z racji pory tych spotkań, przed kamerą nie mogły pojawiać się dzienne ptaki, więc przy okazji dyskusji podglądaliśmy borsuki, lisy, zwierzynę płową, tudzież myszy, które co i raz na naszych oczach porywał z tacy wyjątkowo łowny biały kot, lub bezszelestnie latające sowy. Zapewne nie po to, by bawić się z nimi w… kotka i myszkę. Przynajmniej nie sowy…
Przedstawicieli fauny bywało nocami mniej, ale tematów poruszano tak samo dużo, jak w ciągu dnia.
Damian, który przepadł gdzieś bez wieści, przymierzał się do budowy woliery dla egzotycznych ptaków, których nazwy nie pomnę. Zamiary Damiana mocno zasmuciły Akwirynę, naszą rodaczkę z Kanady, której także nie widziałem w Zakątku od tamtej pory. Pozdrawiam obydwoje serdecznie, gdyby jakimś cudem, czytali ten artykuł. Na szczęście trwają przy nas inni przedstawiciele Polonii kanadyjskiej – Bożena i Rysx, obydwoje z niebieskimi kluczami, które Birds rozważnie i wyjątkowo trafnie przyznaje moderatorom.
Tak więc rzeczony Damian, poruszył kilka ciekawych wątków. Pisał m.in. o dużym wrażeniu, jakie zrobił na nim film na YT „Edward – Pustelnik z wysypiska gruzu”, a także sporo wiedział na temat jerzyków. Donosił o tym, że są to niesłychanie uzdolnieni lotnicy oraz niebywale skuteczni łowcy komarów i meszek.
W ciągu dnia, każdy osobnik łapie w swój szeroki dziób około 20 tysięcy tych naprzykrzających się nam insektów, wyposażonych w kłujkę do dziabania naszych boskich ciał. Tak nawiasem, te komarze kłujki to prawdziwy majstersztyk Natury do prac poszukiwawczych, prowadzenia wierceń i wydobycia czerwonego skarbu. Dzięki swemu apetytowi stały się – jerzyki, nie owady – sprzymierzeńcami wielu samorządów w walce z plagą komarów. Zamiast kosztownego i mało efektywnego odkomarzania, polegającego na zadymianiu trucizną lokalnych skwerów, gminy zaczęły inwestować w budki lęgowe dla jerzyków.
Damianowi wtórował Rysx, który zasłyszał od znajomego, że lata temu w Warszawie, została wzniesiona pierwsza w Polsce „Wieża dla jerza”. W nazwie nie ma błędu, to po prostu taka zamierzona gra słów w stylu częstochowskim. Wysoka na ponad osiem metrów konstrukcja, mieści w sobie 100 budek lęgowych dla jerzyków. Instalacja chyba się sprawdza, bo w kraju i na świecie powstają kolejne tego typu obiekty.
Na czacie pojawiły się sugestie, które dotyczyły rodzaju budek, możliwości ich nabycia i sposobu montażu. Kluczem jest odpowiednia wysokość osadzenia drewnianej skrzynki z otworem, ponieważ jerzyki nie zrywają się do lotu jak wróble, gołębie czy wiele innych małych i średnich ptaków. Ich technika latania podobna jest do bocianiej. Ptaszki rzucają się w przepaść, pikują przez chwilę i dopiero po nabraniu odpowiedniej prędkości, zaprzęgają skrzydła do pracy i zaczynają właściwy lot. Z tego względu, nie wszyscy chętni do przyjęcia jerzyków pod swój dach, mają możliwość zamontowania u siebie budki lęgowej.
No i właśnie wtedy spadło na mnie to olśnienie z przebudzeniem i z… wyrzutami sumienia.
Zdałem sobie sprawę z tego, że już dawno powinienem wpaść na taki pomysł. Nasz dom ma odpowiednią wysokość, o budkach lęgowych słyszałem, za szpakami wodziłem stęsknionym wzrokiem, a o jaskółkach w obejściu marzyłem, marzę i chyba coś knuję... Chyba nieco spocząłem na laurach, radując się każdego roku z wróbli gniazdujących w gipsowym słońcu, powieszonym ku ozdobie nad drzwiami tarasu.
A przecież dobrze pamiętam, jakby to było wczoraj, że mój ojciec, gdy był młodszy niż ja obecnie, bardzo dbał o to, aby ptasiego przychówku nie brakowało w moim domu rodzinnym na Podhalu.
W przydomowym ogródku-warzywniaku, którego nie cierpiałem, stała budka dla szpaków. Warzywniaka nie znosiłem, bo oprócz rabarbaru, czarnych porzeczek i szczypiorku, nic tam smacznego nie rosło, choć rosło wszystko. Po prostu byłem niejadkiem i warzywa w tamtym czasie mogły dla mnie nie istnieć. Po za tym, w upały, mama goniła mnie i braci do podlewania grządek, które przypalało piekące słońce. Dla nas była to praca iście syzyfowa. Po pierwsze, trzeba było taszczyć wielką konwię z wodą ze stajni, gdzie znajdował się kran. Wówczas węże ogrodowe nie były tak powszechnie jak dziś. Po drugie, przy podlewaniu dział się prawdziwy dramat. Zlane grządki, niemal natychmiast wysychały w letnim skwarze. Nawet jeśli nie wysychały na naszych oczach, to po obrocie z konewką po wodę, po poprzedniej porcji prawie nie było śladu. Wyobraźcie sobie dziecięcą rozpacz i beznadzieję sytuacji. Koledzy grają w piłę, łowią ryby albo pluskają się w Dunajcu, a my tu kulamy ten głaz pod górę… Trzeba było robić te nawrotki kilkanaście razy, nim ziemia porządnie się nasączyła i pozostawała ciemna od wilgoci. Dzisiaj, dzieciakom nie chce się nawet rozstawić automatycznego zraszacza…
Stała zatem w ogródku ta budka dla szpaków, skierowana otworem wlotowym w stronę domu, ku północy. Z okien podglądaliśmy popisy ptaków, a z pewnością wiecie, że mają się czym popisać. Gdyby jednak ktoś nie miał okazji podziwiać szpaków w akcji, to polecam filmik „Ptasiej Strefy” na YT.
Szczególnie godny uwagi jest minutowy fragment nagrania od 04:05, a zwłaszcza naśladowanie przez szpaka alarmu samochodowego i szczekającego małego pieska.
kos vs szpak - Bing video
Ukradkiem, szpacze trele podglądał również tata. Po jego minie i zachowaniu wiedziałem, że obecność skrzydlatych rezydentów sprawiała mu nieopisaną radość.
Nade wszystko uszczęśliwiały ojca gniazdujące w obejściu jaskółki dymówki. Te nietuzinkowej urody i pięknie szczebioczące maluchy, urządziły się w drewutni i wiatrołapie przed stajnią. Ponieważ zdarzało się, że ulepione z błota, ciężkie gniazda odklejały się i spadały, tata mocował je na miejsce i wzmacniał od spodu, odpowiednio dociętymi deseczkami. Jaskółkom zapewne przypadło do gustu takie miłe traktowanie, bo wracały i mnożyły pokolenia co roku. Ojciec pilnował i ciągle nam przypominał, aby nie zamykać wrót do pomieszczeń gospodarskich, w których znajdowały się gniazda. Chyba nie do końca nam ufał, bo dla pewności w górnej części wrót wykonanych z desek, jedną z nich skrócił i w ten sposób utworzył otwór, przez który jaskółki mogły się wślizgiwać w jedną i drugą stronę. Dzisiaj stwierdzam, że był to pierwszy znany mi „korytarz humanitarny”, utworzony dla fruwaków w granatowo-białych frakach i brązem podpalanych szyjach.
Jesienią, jaskółki organizowały zjawiskowe sejmiki. Całymi setkami obsiadały pobliskie przewody elektryczne i dawały takiego czadu, że nawet dziś morda mi się śmieje na to wspomnienie.
No i była jeszcze niespełniona ojcowska miłość - gołębie. Tata hodował ich sporo, a gołębnik był ogromny i chętnie wykorzystywany, jako kryjówka w różnego rodzaju dziecięcych zabawach. Ptaki były dobrze wykarmione i niewiele mniejsze od kur, które z kolei dopieszczała mama. Gołębie chętnie podkradały kurom to, co im matula wysypała. Wykazywały się przy tym bezpardonową agresją i lały te biedne nieloty bez miłosierdzia, aż pierze leciało. Mama cierpliwie to znosiła, ale w końcu miarka się przebrała i tata musiał ze swej pasji zrezygnować.
No i co powiecie? Mając takie przykłady z dzieciństwa, taką bazę wspomnień i takie możliwości, dopiero 16 lat od wybudowania własnej chałupy, wpadłem na pomysł, by zrobić coś więcej dla naszych skrzydlatych braci mniejszych. I to jeszcze nie sam wpadłem na ten pomysł! Musiał na mnie dopiero spłynąć blask oświecenia, którego źródło bije na południa kraju.
Tak oto zapaliłem się do idei przygotowania u siebie miejsc lęgowych dla jerzyków. Musiałem tylko przekonać małżonkę, wykombinować wygląd lokali i zakasać rękawy. Słowo „budek”, nie padło przed chwilą przypadkowo. Od samego początku postanowiłem, że miejsc lęgowych będzie tyle, ile tylko zdołam upchnąć w górnej części budynku. Poza tym jerzyki to stadne ptaki i chętnie gniazdują w bliskim sąsiedztwie pobratymców.
Sprawa przekonania mojej ślubnej nie wydawała się skomplikowana, bo jerzyki uwielbia odkąd ją znam. Nic na świecie nie wprawia jej latem w tak w znakomity nastrój, jak zapowiedź dobrej pogody przynoszona przez drące się w niebogłosy formacje jerzyków, tnące powietrze nad dachami osiedla.
Zgodnie z przypuszczeniami, bez problemu uzyskałem zielone światło na domki na wschodniej szczytowej ścianie, pod nawisem dachu. Wtedy zacząłem drapać się po głowie z powodu kolejnej trudności. Żonina zgoda na pstrym koniu jeździ, że tak sparafrazuję stare ludowe przysłowie. To skrajna fundamentalistka, jeśli chodzi o estetykę w jej przyległościach. Zdawałem sobie sprawę, że w przypadku powieszenia kilku egzemplarzy jakiegoś drewnianego koszmarka, zgoda zostanie natychmiast cofnięta, a ja być może zrzucony z drabiny podczas pracy. Zresztą padło nawet pytanie: „I jak to będzie wyglądać?”, wypowiedziane tonem politowania dla mojego rzekomego słomianego zapału.
Nie było wyjścia. Stwierdziłem, że najpierw muszę rozrysować projekt, aby uzyskać ostateczną akceptację, a potem pracować bez cienia wątpliwości i nie ryzykować upadku z dużej wysokości, za przyczyną rozsierdzonej połowicy.
Gdy usiadłem do kresek, okazało się, że konstrukcja dachu jest całkiem przyjazna i bez wielkiego uszczerbku dla architektury, można odpowiednio wkomponować dziewięć budek na dobry początek.
Uproszczony projekt mini-osiedla dla jerzyków wyglądał tak, jak na załączonym szkicu.

Moja Pani i Władczyni nie oprotestowała planu, ale obowiązki służbowe nie pozwalały mi z marszu zabrać się do pracy, co w ostatecznym rachunku wyszło na dobre. Wieczorami na zmianę pracowałem, podglądałem czat oraz szukałem informacji na temat zwyczajów jerzyków i zaleceń dotyczących miejsc lęgowych.
Trafiłem na stronę fundacji „Ratujmy Ptaki”, która ma swoją siedzibę na sąsiednim osiedlu, a do której wiele lat temu poszedł mój pierwszy 1% podatku. Musiała się zadziać jakaś chemia, bo wśród wielu pomocnych informacji, znalazłem również dwie fotografie, które całkowicie zmieniły wcześniejsze założenia. Zamieszczam je z komentarzem dla ciekawych moich zmagań z materią.

Na tym starym zdjęciu z usuniętym dachem, widoczne jest opuszczone gniazdo jerzyków. Jak widać, ptaszkom niewiele potrzeba do szczęścia. Cegła ma 12,5 cm szerokości i 25 cm długości. Jerzyki uwiły sobie gniazdko na powierzchni zaledwie 12,5x12,5 cm! Budka nie musi być więc duża, ważne by była w bezpiecznym dla ptaków miejscu.
Kolejne zdjęcie było dla mnie najprawdziwszą eureką. Normalnie ucałowałem ekran laptopa z ukontentowania.

To co zobaczyłem, oznaczało dla mnie, że nie muszę niczego zbijać pod nawisem dachu. Mogę wykorzystać drewnianą konstrukcję samego dachu. Wystarczy zdjąć panele PCV, pomontować półki tak, jak pan na obrazku, założyć panele na miejsce i wykonać odpowiednie otwory, by zapewnić jerzykom dostęp do nowych miejsc gniazdowania.
Wczesną jesienią roku 2021 poinformowałem na czacie innych nocnych marków o moich zaktualizowanych zamierzeniach i… przepadłem na kilkanaście miesięcy. Na stronie „Leśnego Zakątka” pojawiły się ograniczenia w dostępie do czatu i zasobów portalu. Birds w trosce o komfort zdrowych użytkowników, przykręcił śrubę trollom i od połowy jesieni 2021 r. konieczne było założenie profilu na stronie livebirdspoland.pl. Na dokładkę rozpoczął się u mnie kolejny okres pracy w szaleńczym tempie, więc i ja musiałem wprowadzić ograniczenia w planie zajęć po godzinach pracy na etacie.
No ale tęskniłem do tej fantastycznej atmosfery, jaka panuje na czacie i wiedziałem, że pokonanie Birdsowych szykan jest wyłącznie kwestią czasu.
Gdy pewnej nocy bieżącego roku pojawiłem się w Zakątku ponownie, na dyżurze, jak za starych dobrych czasów, zastałem Iwonę 5. Zmieniło się nieco, bo po nowym roku Birds nadał Iwonie szlify moderatorskie. Nie od razu mnie rozpoznała, jako że w moim nowym nick’u porzuciłem nazwisko. Jednak gdy ustaliliśmy kto ja jestem zacz, Iwonie natychmiast przypomniały się jerzyki i glicynia, o których rozprawialiśmy po nocach niemało. Podobnie Rysx. Wprawdzie nasz krajan z Kanady nie pamiętał mnie dokładnie, ale jemu również mgliście kojarzyłem się jako koleś od budek dla jerzyków.
Cóż zatem wydarzyło się od chwili gdy ogłosiłem plany budowy, a Birds postawił tamę internetowym natrętom?
No to zabieramy się do robótek ręcznych.
Najpierw musiałem przystawić drabinę, do transportu narzędzi, materiałów, a przede wszystkim „fachowca”. Fachowca zapisałem w cudzysłowie, bo w domu mam opinię partacza, który jedno wprawdzie zrobi, ale drugie przy okazji zniszczy. Chyba bilans wychodzi jednak na plus, skoro to ja ciągle jestem wyznaczany do strategicznych przedsięwzięć, zamiast złotej rączki z ogłoszenia. Nie przeszkadza to temu, aby złe zdanie na temat moich umiejętności technicznych, było opinią dominującą w naszym gospodarstwie domowym.

Drabina ma 7 metrów wysokości i przystawiona przy ścianie bloku, pozwoliłaby zajrzeć przez okno mieszkańcom drugiego piętra. Nieźle na niej człowiekiem buja, zwłaszcza w połowie drogi na szczyt. Znam tylko jedną osobę, która dotarła do podestu, ale na górze była jedynie w stanie trzymać się kurczowo szczebli. A tu trzeba jeszcze stanąć na podeście i obydwoma rękoma coś podziałać nad głową, a nie wczepiać się w drabinę jak kleszcz, zamykać oczy i modlić o nadejście nocy.
Wiecie już, że gdyby coś, to nie mam problemów z lękiem wysokości i pomogę. Wąż świetlny do gwizdkowej iluminacji, który jest widoczny poniżej krawędzi dachówek, zakładałem od góry, z dachu. Dekarzem nie jestem, ale co tam potrzeba, to przyjadę i zrobię. Podajcie tylko adresy z informacją, gdzie trzymacie kosztowności. A tam taki durny żarcik mi przyszedł do głowy...
Gdy już rozemocjonowany zabrałem się do pracy, z pierwszą półką poszło gładko.

Po jej przykręceniu, musiałem załatać uszkodzenie w membranie przeciwwiatrowej.

Ponieważ mam fatalną skłonność przypisywania sobie wszystkich zawinionych i niezawinionych przewin, uznałem, że rozdarcie to musiała być moja sprawka. Aby chodzić bezpiecznie po dachu, trzeba jedne dachówki wsuwać pod inne. W ten sposób uzyskuje się miejsce na solidne oparcie stopy, ale odsłania membranę. Założyłem, że bywając na dachu aby rozstawić lub zdjąć oświetlenie świąteczne, rozerwałem ją nieopatrznie buciorem.
Nie mam zamiaru szczegółowo opisywać, montażu każdej półki, ale akurat ta pierwsza sztuka i moje bicie się w pierś, z powodu rozerwanej folii, ma istotne znaczenie i jeszcze do tego wątku powrócę za moment.
Przed zakryciem panelami ośmiu miejsc lęgowych, efekt moich zabiegów widoczny z ziemi, wyglądał tak:

Prace realizowałem po 2-3 godziny dziennie, przez kilka wieczorów. Trwały nieco dłużej niż planowałem, ale ostatecznie w Dzień Niepodległości wykonałem ostatnie szlify. Pozostało jedynie złożyć i schować drabinę, a następnie uzbroić się w cierpliwość i zaczekać do końca kwietnia. Zazwyczaj wtedy jerzyki wracają z Afryki.

Jak na złość i... na szczęście, poprzedniej wiosny, powroty ptaków z ciepłych krajów, opóźniły się o jakieś 2 tygodnie.
Nie pamiętam już dokładnie, dlaczego na początku maja jeszcze raz rozstawiłem sprzęt, wspiąłem się na górę i zdjąłem panele.
Wtedy, moim zdumionym oczom ukazał się znajomy widok – uszkodzona membrana dachowa. Rozerwanie pojawiło się poniżej załatanego jesienią miejsca.

Nie ze mną te numery Brunner! - zacząłem napadać w myślach nie wiedzieć na kogo, jednocześnie sugerując, że tym razem nie dam się wmanewrować w tę grandę.
Owszem, znowu byłem dwukrotnie na dachu, by zawiesić i zdjąć ozdoby świąteczne, ale obadałem wtedy sprawę. Doszedłem do wniosku, że bez celowego działania i bez użycia odpowiedniej siły, trudno jest uszkodzić folię przypadkowo. Mimo to uważałem na nią bardziej niż trzeba, więc z całą pewnością, czub mojego człapaka nie mógł być sprawcą tej draki.
Natychmiast wytypowałem winowajcę obecnej i wcześniejszych rozrób. Kuna! To ta gadzina, która wcześniej zdemolowała izolację nad rurą wydechową w moim aucie i w tymże pojeździe rozprawiła się z izolacją pomiędzy komorą silnika, a kabiną pasażerską. Jakby tego było mało, to nie dawała spać dzieciakowi po nocach, bo dokazywała w konstrukcji dachu, tuż nad pokojem syna. Raz nawet widzieliśmy ją po zapadnięciu zmroku na balkonie, gdzie zawinęła rudą kitą w świetle padającym przez szybę drzwi balkonowych. Nie będę już rozwodził się nad całą masą drobnych piór, które od lat znajdywałem w przestrzeni pomiędzy dachówkami, a izolacją cieplną dachu. No cóż, kuna też potrzebuje wrzucić coś na ząb…
Jak dobrze się stało, że ponownie zajrzałem do przygotowanych jesienią budek lęgowych. Gdybym nie rzucił okiem ja, zrobiłaby to w końcu kuna. Jeśli zastałaby nowych lokatorów, to dopiero miałaby uciechę, a ja powód do samobiczowania…
Na szczęście w porę odkryłem ślady przestępstwa. Oprócz ponownej naprawy membrany, znowu musiałem zrobić sobie wycieczkę na dach i zamknąć deskami dostęp do wszystkich stanowisk lęgowych od góry. Przyszli mieszkańcy wygodnych kawalerek pod gwiazdami, byli zabezpieczeni przed wrogą inwazją ze wszystkich stron.
Po tych zabiegach rozstawiłem sprzęt nagłaśniający, przygotowałem nagranie wabiące jerzyki, zacząłem nasłuchiwać i kierować wzrok w przestworza. Nastał początek maja, a ich ciągle ani widu, ani słychu…
Przez jakiś czas żona trochę pomstowała na wycięte otwory w podbitce, ale teraz nie robią jej żadnej różnicy. Ewentualność bliższego niż zazwyczaj obcowania z ulubionymi ptakami, wyraźnie ją intrygowała i ostatecznie ugłaskała nadszarpnięte poczucie estetyki.
Byliśmy gotowi, aby wreszcie zaprosić jerzyki pod nasz dach.
Zaproście jerzyki do siebie i Wy, ludzie dobrego serca.
Jeśli mieszkacie na drugim lub wyższym piętrze, balkon jest od wschodu lub północy, to dysponujecie idealnym miejscem, aby tym pożytecznym ptakom stworzyć warunki do gniazdowania. Sami także skorzystacie, bo pojawi się sposobność podglądania skrzydlatych gości z bliska. Nie musicie robić takich fikołków pod dachem jak ja. Wystarczy nabyć lub własnoręcznie wykonać prostą budkę lęgową i powiesić na balustradzie. Wymiary skrzynki i otworu to fraszka. W sieci porad na ten temat znajdziecie bez liku.
Pewnie jerzyki nie osiedlą się od razu, może nawet nigdy, ale sikorki i wróble są łase na tego typu lokale. Im też należy się coś od życia i od nas, ludzi.
Jeśli spółdzielnia nie zezwala na tak daleko idącą spontaniczność mieszkańców, to można próbować zachęcić sąsiadów i wspólnie „przycisnąć” samego administratora do podjęcia odpowiednich działań. W wielu miastach, budki lęgowe dla jerzyków są montowane na bocznych elewacjach bloków mieszkalnych, całymi tuzinami, a nawet setkami. Spójrzcie na kilka przykładów, pokazujących sposób aranżacji ptasich budek na budynkach wielorodzinnych.



Przy odrobinie chęci i zaangażowania można stworzyć naprawdę coś przyjemnego z pożytecznym – dla ptaków, dla siebie, dla wszystkich.
Nie napiszę tym razem o tym, kiedy jerzyki w końcu doleciały z Afryki i czy zainteresowało je moje budownictwo (ptasio)społeczne.
Wspomnę jedynie, że w ubiegłym sezonie miałem naprawdę wiele frajdy i nie żałuję ani jednej minuty spędzonej na szczycie bujającej się drabiny. Praca w nienaturalnej pozycji, zakwasy w mięśniach, ból w krzyżu, poobcierane ręce, powbijane drzazgi – nic to. Organizm szybko się zregenerował, a późniejsze emocje i radość, wielokrotnie wynagrodziły włożony wysiłek.
Przyjemne chwile i motyle w brzuchu także Was nie miną, jeśli zobaczycie, że dzięki Waszemu zaangażowaniu, kolejny kawałek świata stanie się piękniejszy.
Wszystkich gorąco pozdrawiam.
Marek
0 likes
↻ 0