M
Marek
@marek
12 seguidos
12 seguidores
11
posts
25 outubro 2023
Wróbli ci u nas dostatek

Przyznam, że nosiłem się z zamiarem publikacji wpisu traktującego o wróblach, ale z uwagi na obszerny temat, miał on poczekać na swoją kolej, tak za dwa, trzy razy…
Jednakże, z pozoru błaha wymiana informacji na czacie „Leśnego Zakątka”, sprawiła, że postanowiłem zmienić plany. Cha! Kto nie wie, ten niech się niniejszym dowie, że plany są po to, by ich… nie realizować.
Co konkretnie przyczyniło się do rewizji mglistego... "harmonogramu wydawniczego cyklu Nocnego Marka bajania”? „Czyżoliczenie” i Licja.
Może więcej jakichś szczegółów? Proszę bardzo, spieszę z wyjaśnieniami, bo już sobie wyobrażam te oczy, ze zdziwienia większe niż stara, aluminiowa pięciozłotówka z rybakiem. Zwłaszcza Licji, jeśli ma czas na czytanie wszystkich pojawiających się na stronie wpisów i czyta właśnie ten artykuł.
W trakcie niedawnego liczenia czyży, tłoczących się jednocześnie w oku kamery Zakątka, szczególną aktywność wykazywali: Jowita, Olimpia oraz Iwona przez małe „i”, a z panów - Krzysztof serwujący ”masakryczne” zagadki z insektami i Semperitus. Pominiętych, a również wkładających trud w zakątkowe liczenie czyży, przepraszam. Mogłem nie zauważyć ich zaangażowania, z racji krótkotrwałych i rwanych wizyt na czacie w ostatnich tygodniach.
Gdy pewnego dnia, liczba szarożółtego ptactwa podskoczyła w krótkim czasie z 14 do 24, a po następnych paru chwilach do 32 (ostatecznie doszło chyba do 48), na czacie wyraziłem zaniepokojenie o własny rekord, który dotyczy skrzydlatych bohaterów tego wpisu.
W tym sezonie, innym niż wszystkie poprzednie, wróbli jest wyjątkowo dużo. Jednego dnia w „karmniku” było ich ok. 60, a do tego z trawnika wydziobywało ziarno 16 synogarlic. Sprawa karmnika zapisanego w cudzysłowie, wyjaśni się pod koniec dzisiejszego wpisu. (Olimpio, jeżeli czytasz, możesz zacząć trzymać kciuki. Pamiętam, że mnie przestrzegałaś przed gniewem Birdsa, ale i tak postanowiłem zaryzykować, a w razie draki, liczę na Twoje wstawiennictwo).
W odpowiedzi na moje niepokoje, odezwała się Jowita, która ostatnio stała się niedoścignioną muzą inspiracji zakątkowego bloga. Zatem Jowita napisała, że Licja byłaby w siódmym niebie, gdyby zobaczyła jakąkolwiek ilość wróbli w Zakątku. Podobno, jakiś czas temu, gdy na gościnnych występach pojawił się mazurek, Gospodyni była przeszczęśliwa.
Na marginesie dodam, że sam mazurka nigdy na żywo nie widziałem, a jeśli tak, to nie byłem tego świadomy, bo na bank nie zdołałbym go odróżnić od wróbla - naszego rodzimego prostaka... Nie bulwersujcie się, ten prostak to tak z czułością, jak Stefan Witwicki o sośnie, w wierszu ”Do sosny polskiej”, którego autorstwo niesłusznie przypisywane jest, czy było św. Janowi Pawłowi II. Inna kwestia, że utwór pasuje do papieża Polaka, jak mało do kogo. Ciekawych odsyłam do lektury tego naprawdę pięknego, choć nieco melancholijnego wiersza.
Tak czy inaczej, ta krótka wymiana postów z Jowitą, uświadomiła mi, że sprawa braku wróbli w podżywieckim lesie, nie jest wydumana. Podglądanie tych wszystkich ruchliwych czyży, kosów, rudzików, myszołowów, dzięciołów sikorek pięciu gatunków chyba, a także całej masy innych ptaków i ssaków, na dokładkę przeplatanych korespondencją na czacie, przysłoniło mi tę oczywistą oczywistość – w Leśnym Zakątku nie ma wróbli!
I to komu przysłoniło?! Mnie, któremu te najczęściej spotykane w kraju drobne ptaki, od zawsze towarzyszyły i zajmowały szczególne miejsce w sercu. Idę o zakład, że nie tylko moim i nie tylko Licja ma do nich słabość.
To właśnie one, te niepozorne, wszędobylskie, dość głośne skrzydlate chwaty sprawiają, że o każdej porze roku ma się wrażenie nieustającej wiosny. Zauważyliście to? Nawet zimą, gdy za oknem wszystko ścina mróz i wydaje się, że lato nie nadejdzie nigdy, te małe skubańce robią niebywały rwetes. Krótkie donośne ćwierkanie wydobywające się z kilkunastu, kilkudziesięciu gardełek, zbija się w taki świergot, że człowiek niemal zaczyna rozglądać się za lekkim odzieniem, ręcznikiem i kąpielówkami. Nawet jeśli o tym nie myślimy, to z pewnością, to wesołe i hałaśliwe towarzystwo, pomaga nam lepiej znosić jesienno-zimową szarugę, pluchę i ziąb.
W dzieciństwie wróble często widywałem przez okno w kuchni, gdzie zazwyczaj toczyło się całe życie rodzinne. Fruwaki dokazywały na dachu budynku gospodarskiego. Jako, że ptaszki mają szczególne osiągnięcia w prokreacji, nierzadko zdarzało się zobaczyć, jak pan wróbel… hmm…, nagabuje panią wróblową. Wiedziałem o co „kaman”, bo przecież miałem dorastające rodzeństwo, więc sporo zasłyszałem, niby to przypadkiem.
Przy obserwacji tego naturalnego ptasiego zachowania, zastanawiałem się, czy mama, która zawsze wszystko widziała, każe mi odwrócić się do ściany, jak podczas wspólnego oglądania filmów, w których „momenty” były.
W tym, nomen omen, momencie przypomniały mi się dwie rzeczy z lat wczesnoszkolnych – jedna związana z ptasimi amorami, a druga z rodzicielskimi nakazami odwracania się do ściany, przy okazji kłopotliwych scen filmowych.
Mój o dwa lata młodszy kuzyn, wyjaśniał mi onegdaj, czemu kogut wskakuje na kurę. No przecież wiadomo czemu! No ale on nie miał starszego rodzeństwa i był… młody jeszcze. Miał góra 7 lat i dał sobie wmówić, że podczas takiej akcji, kogut przywołuje kurę do porządku i tłumaczy jej do ucha, żeby się tu nie szarogęsiła, bo to on jest panem podwórka… Macie pojęcie? Mimo, że sam jeszcze miałem mleko pod nosem, rechotałem się z tych rewelacji niemal do łez.
Z kolei mój o pięć lat starszy brat, wpadł na pomysł, jak obchodzić ojcowskie represje, polegające na przymuszaniu dzieci do oglądania ściany, podczas… scenek rodzajowych. Gdy padał rozkaz: „No, na co cekocie? Łobracać sie do ściany!”, przedsiębiorczy braciszek, owszem, odwracał się plecami do telewizora, ale nurkował przy tym pod kołdrę, zadzierał głowę do tyłu i kontynuował przerwany seans, zapuszczając żurawia w kierunku lakierowanych na wysoki połysk drzwi szafy, w których odbijał się ekran. Macie pojęcie? Jak tego zboczeńca szyja nie bolała, w tej powykrzywianej niczym paragraf pozycji? No dobra, trochę przemawia przeze mnie zazdrość, bo sam byłem ciekaw, ale z powodu spolegliwości nie łamałem świętego nakazu rodziców.
A co z tą prokreacją wróbli? - zapyta ktoś, komu akurat ta sprawa wydaje się szczególnie interesująca. Dzieje się – odpowiem lakonicznie, ale chyba mnie już trochę znacie i wiecie, że nie poprzestanę na tym krótkim, żołnierskim meldunku.
Nie odmówię sobie rozwinięcia wątku, który przeniesie mnie z Cudownej Krainy Dzieciństwa do obecnych czasów.
Ubiegłego lata, wróble były wyjątkowo zapracowane, więc w naszych przyległościach doczekaliśmy się czterech lęgów. Największym wzięciem cieszyła się miejscówka w gipsowym słońcu, które wiele lat temu zamocowaliśmy na elewacji.
Nie pamiętam już, kiedy zaczęło się tam coś dziać, ale „wróbli” przychówek mamy co roku od dawna. Dwa lata temu młodzież dwukrotnie opuszczała gościnne usta ozdoby, a łońskiego roku doczekaliśmy się aż trzech lęgów.
Na fotce poniżej przedstawiam kolebkę wielu pokoleń naszych dzisiejszych milusińskich.

Na początku zachodziłem w głowę, co im strzeliło do tych łebków małych, aby wić sobie gniazdo w miejscu tak narażonym na atak latających drapieżników. Nie ma dnia, żeby okoliczne sroki nie wadziły się z naszymi kosami, a co jakiś czas słychać w pobliżu sójki.
Wreszcie któregoś razu, nie mogłem wytrzymać z ciekawości i przystawiłem drabinę, gdy para dorosłych ptaków odleciała po kolejne co nieco dla piskląt. Wszedłem na górę, ostrożnie wychyliłem się nad krawędź słonecznych ust i… zakląłem szpetnie w szoku i niedowierzaniu. Ptasich osesków nie było! A przecież wyraźnie słyszałem kwilenie pisklaków, gdy przed minutą rodzice, jedno po drugim, dzielili łakocie pomiędzy maluchy. Okazało się, że usta rzeźby na całej szerokości były zaklejone sianem, a po lewej strony od góry, znajdował się otwór wlotowy, który prowadził w głąb wypukłej ozdoby. Zamieszczam kolejną fotkę. Czytanie działa na wyobraźnię, ale obraz, to obraz.

Dzieciaczków nie było na widoku, bo dorosłe zadbały, jak należy, o ich bezpieczeństwo.
Tak oto uspokoiłem swoje rozterki i już bez stresu obserwowałem kolejne lęgi.
Warto jeszcze nadmienić, że choć ozdoba wisi na południowej elewacji, to w czasie, gdy prawdziwe słońce praży latem najbardziej, sztuczne słońce z gniazdem wewnątrz, znajduje się w cieniu rzucanym przez okap dachu. Widać to na pierwszej fotografii, która została wykonana 16.06.2022 r., o godz. 11:35., czyli w środku dnia, na tydzień przed letnim przesileniem.
Cwane bestie! O wszystko zadbały, a ja tu wyskakuję z ich małymi łebkami…
Gniazdują i latają tuż nad naszymi głowami, ale spróbuj człowieku zagapić się na to gniazdo. Dorosły będzie udawał, że nie ma tematu, że on tak tylko przelotem, troszkę odpoczywa, ale nie ma tu nic do roboty i zaraz odleci we wcześniej upatrzonym kierunku.
Doprawdy pocieszne i rozczulające istoty.
Podczas drugiego lęgu w słońcu na elewacji, inna para zajmowała się potomstwem w gnieździe uwitym w pędzie glicynii, który wybujał ponad miarę. Ani przed jesienią dwa lata temu, ani przed wakacjami ubiegłego roku, nie miałem czasu przyciąć pnącza, które rośnie jak szalone. Pozostawienie samopas tej rośliny, o przyrostach dochodzących do 3 m w ciągu kilku tygodni, to proszenie się o kłopoty.
Na szczęście nic złego się nie wydarzyło, a z okazji skorzystała kolejna rodzina wróbli. Na dołączonej fotografii wskazane jest przybliżone miejsce, w którym rozgościły się te ruchliwe ptaszki.

Z powodu tego niespodziewanego ptasiego przychówku, musiałem przeorganizować prace budowlane i „pielęgnacyjne”. Nie na długo, bo tempo, w jakim młode wyrastają i opuszczają gniazdo, jest doprawdy zawrotne.
Słowo „pielęgnacyjne” nieprzypadkowo zostało wzięte w cudzysłów, ale o tym niebawem.
Wygląda na to, że z powodu swojej liczebności i powszechnej obecności, wróble nigdy nie miały dobrej prasy. Jeśli jeszcze do tego dodać jakieś tam szkody, które z pewnością czynią, jak prawie każda żywa i wolna gadzina na tym świecie, to o nieszczęście nietrudno.
Wyjątkowo wrednie obeszły się z nimi Chiny w połowie ubiegłego stulecia. Tamtejsi komuniści uparli się, że właśnie te ptaki są przyczyną znacznych szkód w rolnictwie, które nie może się rozwijać w tempie potwierdzającym wyższość komunizmu nad obrzydliwym kapitalizmem. Aparat państwowy podburzył obywateli, którzy z polowania na wróble uczynili zabawę i na wyścigi tłukli te małe biedactwa, bez mrugnięcia okiem. Metoda była prosta i wykorzystywała fakt, że wróble to ani lotnicy, jak bociany czy albatrosy, ani podróżnicy, jak szpaki, czy czyże. Wprawdzie potrafią fruwać, ale faza przelotu trwa stosunkowo krótko, a ptaki w tym czasie przemierzają niewielkie odległości. Chińczycy robiąc hałas czym popadnie, zmuszali je do ciągłego przebywania w powietrzu, co kończyło się wycieńczeniem nieprzywykłego do długiego wysiłku organizmu. Jeśli ptaszyny nie zabijał zawał serca, to była to łopata, kij albo inny twardy wynalazek w rękach ogłupiałej, nakręcającej się morderczym amokiem gawiedzi.
Tak, tak, to bardzo niechlubna karta w historii ludzkości. Chiny zawsze były ludnym narodem, więc na skutek niemiłosiernej eksterminacji, przetrzebiono dziesiątki milionów ćwierkających braci mniejszych.
Matka Natura dosyć szybko wyrównała rachunki. Na skutek zredukowanej liczby naturalnych pogromców owadów, już w kolejnym roku, szarańcza i inne owadzie szkodniki spowodowały ogromne straty w uprawach rolnych. W następnych latach doszło do wielkiego głodu, który zabił kilka dziesiątek milionów ludzi. Tak czasami kończy się igranie z nieokiełznanymi siłami Ziemi.
A jak „wróblowe” tematy wyglądają w Kraju nad Wisłą? Też bez fajerwerków… i to od stuleci. W przysłowiach ludowych, wróble pojawiają się jako uosobienie czegoś gorszego. Porównuje się je negatywnie do gołębia, kanarka lub bażanta. Znam bodaj jedno tylko przysłowie, z którego wynika, że wróble to nie są pierwsze lepsze naiwniaki. Mówi się, że na plewy, starego wróbla nie można zwabić… czy nabrać… czy jakoś tak. Przypomnę sobie później, ale przekaz tego przysłowia jest wystarczająco czytelny, nawet jeśli nie zacytowałem go poprawnie.
Acha! Krążył jeszcze kiedyś dowcip, który świadczył o błyskotliwości tego gatunku. W dużym skrócie, w tym kawale różne zwierzęta wyjaśniały kim są oraz przechwalały się, jakie to one nie są ważne i szlachetne. Wróbelek słuchał tych niesłychanych historii z lekką tremą i w duchu załamywał ręce nad swoją nikczemnością. Gdy po orle, który zrobił szczególne wrażenie na zebranych, przyszła kolej na wróbla, ten powiedział: „Nooo, ja to też jestem orłem, tylko trochę chorowałem.” Wyśmienity refleks i godna bystrzaka umiejętność wyjścia z opresji.
Kto nie słyszał o strachach na wróble? Nie wiem jak teraz, ale dawno temu, na polach nagminnie stawiane były te koszmarne konstrukcje w zużytych łachach, które miały chronić plony przed ptactwem. Działały te instalacje tak sobie chyba, bo sam widziałem, że wróble obsiadały toto i ze strategicznej pozycji wypatrywały drapieżników lub miejsca afery. Bo skoro jest afera, to musi być wyżera. Koniec końców, wszystko na tym świecie dla tych nadaktywnych żywych sreber, sprawdza się do zdobywania pożywienia, błyskawicznej przemiany materii i przedłużania gatunku.
Bez obaw o naciąganie można rzec, że od Wybrzeża po Tatry i pomiędzy Bugiem a Odrą, wróble też fajnie nie mają. Pomijając relatywnie niewielką grupę miłośników przyrody, od większości „człowieków”, wróble w najlepszym wypadku mogą oczekiwać… obojętności.
Dziwne to jest, bo naprawdę całkiem dobrze zaczynało się w szkole, gdzie kształtowały się nasze przyszłe postawy względem ludzi i natury. Kto nie pamięta Wróbelka Elemelka? Cała rzesza ludzi, reprezentująca rodziców i moje pokolenie, była zakochana w tych rymowanych przygodach tytułowego Elemelka. A baja „Przygód kilka wróbla Ćwirka”? Czad! Fascynująca fabuła każdego odcinka, rewelacyjny podkład głosowy niebywale charyzmatycznego Jana Kobuszewskiego, o którym dziś by powiedziano, że to… celebryta.
Nie pomnę już co tam ten Ćwirek „powynarabiał”, ale pamiętam emocje, które sprawiały, że chyba żadna siła nie odkleiłaby mnie od telewizora Lazuryt. Nie był to sprzęt, jaki dzisiaj jest w powszechnym użyciu - pstryk guzikiem na pilocie i po sekundzie jest obraz z dźwiękiem. W tamtych boskich czasach, po włączeniu stabilizatora stojącego na podłodze, odbiornik nagrzewał się minutę albo i nawet dwie zanim pojawił się dźwięk, a po kilku kolejnych sekundach, również obraz.
Mając tak dobrze wysiane przez edukację ziarno sympatii do wróbli, co my ludziska zrobiliśmy z tą nieco naiwną dziecięcą miłością do Ćwirka i Elemelka? Wyszliśmy do wróbli ze strachami na nie. A żeby uciszyć wyrzuty sumienia, to zadedykowaliśmy im Dzień Wróbla. I to Światowy! W czasach, gdy nawet bzdet jakiś ma swój światowy dzień! To się pewnie fruwająca brać nie może pozbierać ze szczęścia wywołanego takim zaszczytem. Dworuję sobie nieco, ale przynajmniej data tego dnia jest bez zarzutu. O ile dobrze pamiętam, wypada ona na ostatni dzień zimy albo pierwszy dzień wiosny, czyli tuż, tuż… Dzięki Jowito, nieoczekiwanie znalazł się trzeci powód dla publikacji wpisu.
A jak obecnie miewają się wróble pod strzechą mojej chałupy? Zawsze mogłoby być lepiej, ale cytując klasyka szykują się zmiany, zmiany, zmiany... Wszystko za sprawą projektu przebudowy zadaszenia nad tarasem, o którym informowałem w poprzednim wpisie, i który częściowo realizowałem w towarzystwie mojego kumpla Kosa.
Nie ma już glicynii, która tak ślicznie zieleni się na załączonych wcześniej fotografiach. Jej „pielęgnowanie” trwało etapami przez kilka tygodni i kosztowało mnie wiele wysiłku i ekwilibrystyki na drabinie oraz na ażurowej konstrukcji altany. Pień, składający się z kilku mniejszych, zawiniętych wokół siebie zdrewniałych pędów, niemal odebrał mi chęć do walki o ostateczne zwycięstwo. Ale jak wspomniałem, glicynii już nie ma… Owszem, żal mi, ale pomimo pięknych okoliczności przyrody, współpraca się nie układała. Pnącze się rozbuchało, zagłuszyło inne - ładniejsze kolorem, a nieuchronna konieczność jego intensywnego strzyżenia dwa razy w roku, była powodem przygnębienia przez kilka dni poprzedzających przycinkę. Do tego wszystkiego wisteria przestała spektakularnie kwitnąć w maju, za to gubiła liście przez całe lato, a grabienia w listopadzie było bez liku. Dramatyczny rozbrat jest ostateczny, ale ponieważ z tą szacowną rośliną łączy mnie wiele wspomnień, może się zdarzyć tak, że poświęcę jej oddzielny wpis.
Druga zła wiadomość dla wróbli to ten nowy dach, który został zakotwiony do elewacji, tuż poniżej owego gipsowego słońca z gniazdem w środku.

Mam przypuszczenie, graniczące z pewnością, że moje wróble nie zaakceptują takiego obrotu sprawy i nie przystąpią do nowego lęgu w tej kawalerce. Na dach może wejść kot, szczur lub kuna. Skoro ta ostatnia mogła spałaszować całą izolację pomiędzy silnikiem, a kabiną mojego auta, to zapewne nie pogardzi lepszym kąskiem, w łatwiej dostępnym miejscu. Ale teraz już wiem, że moje wróble przewidzą bez pudła, taką mało pociągającą ewentualność i kuna będzie musiała obejść się smakiem.
Trzecia zła wiadomość, jaka szykowała się dla moich licznych skrzydlatych gości, to zimowe dokarmianie, a w zasadzie jego… barak. Po raz pierwszy od wielu lat! Zwykle kule z ziarnem wieszaliśmy na górnych pędach usuniętej glicynii. Po naradzie rodzinnej ustaliliśmy, że brak gałęzi do zadzierzgnięcia papu dla ptactwa, nie może przekreślić tej miłej tradycji. Tym bardziej, że od ponad roku było sporo dodatkowej motywacji płynącej ze strony Gospodarzy i Miłośników „Leśnego Zakątka”.
Najpierw kombinowaliśmy, aby ziarno sypać na powierzchniach wyłożonych kostką brukową. Taka opcja miała słaby punkt w postaci mało prawdopodobnych w Szczecinie, ale możliwych, intensywnych opadów śniegu. Co prawda dałoby się wówczas udeptać pokrywę i wysypać mieszankę na wierzch, ale gdyby nadal padało, to od tego deptania na chłodzie, zaczęłoby się wyszukiwanie powodów, by tego nie robić, i w takiej sytuacji, ptaki pozostawić samym sobie. Nie ma wątpliwości, że nie potrzebują naszej łaski, ale byliśmy przekonani, że zaprzestanie dokarmiania, to do cna zła droga. Dlatego ostatecznie stanęło na budowie „karmnika”, który już drugi raz dzisiaj zapisuję w cudzysłowie, mimo że karmnik cudzym słowem nie jest. Po budowie zadaszenia zostało sporo materiału i konstrukcji pomocniczych, które postanowiłem wykorzystać. W rezultacie powstał karmnik, a właściwie to chyba… paśnik(?). Czy jeśli karmnik ma 40 cm szerokości oraz 2,5 metra długości, to jest to nadal karmnik?
Poniżej zamieszczam zdjęcie, które może pomóc rozwiązać ten dylemat.

Wiem, że wyprodukowałem koszmarek, ale były tego obiektywne przyczyny, które wyjawię, jeśli przyjdzie mi tłumaczyć się przed Birdsem z tej katastrofy budowlanej.
Foto jest słabej jakości, ale nie mam sprzętu, który pomógłby uzyskać lepszy efekt, a z telefonem nie podejdę bliżej, bo jakikolwiek ruch przy oknach jest przyczynkiem do natychmiastowej ucieczki wszystkich posilających się ptaków, w najbliższe krzaki.
W kadrze uchwyconych jest niewiele latających klejnotów – ot 11 wróbli pod dachem, 11 wróbli na trawie, 3 wróble na stercie gałęzi, do tego synogarlica i grzywacz.
W sumie 25 wróbli i 2 gołębie. Domowy rekord, o którym wspomniałem na początku, to - przypomnę - około 60 wróbli i 16 synogarlic. Piszę około, ponieważ nie zdążyłem tych ruchliwych maluchów policzyć. Tamtego zimowego dnia, gdy zobaczyłem co to się dzieje, szedłem akurat z dosypką. Przywarłem do elewacji domu tuż za narożnikiem i zacząłem liczyć. Nim dostałem oczopląsu, coś je wypłoszyło i uciekły z wrzaskiem. Karmnik jest podzielony wspornikami na trzy przedziały. Zdołałem policzyć wróbelki tylko w pierwszej skrajnej części. Naliczyłem ich 20, ale odnotowałem, że na drugim skraju było podobne zagęszczenie, a znacznie więcej ptaszków tłoczyło się pośrodku.
Myślę, że popasało ich sporo więcej niż 60, ale taką liczbę przyjąłem, zakładając, że niebawem nadarzy się kolejna sposobność i tym razem będę miał przy sobie aparat. Na razie się nie nadarzyła, ale stołówka jest ciągle otwarta...
Ta sterty gałęzi na trzecim planie, to pozostałość po wyciętej wisterii. Nie bardzo miałem co począć z tymi zdrewniałymi pędami, ale zauważyłem, że wróble chętnie spędzają czas pośród tego pobojowiska. Po ustawieniu karmnika, gałęzie przeturlałem w jego pobliże. Ten zabieg okazał się strzałem w dziesiątkę. Ptaszki traktują je jako przyczółek do podboju karmnika, albo do ewakuacji w przypadku alarmu mniejszej wagi, np. wizyty sroki lub sójki. Czekają tam pokornie, aż drapieżnik wrzuci coś na ząb i zniknie im precz z oczu. Dopiero w ostateczności dają dyla za płot i chowają się w wyrośniętych żywotnikach u sąsiadów. Stamtąd, przez nikogo niewidziane, drą te swoje słodziakowate mordeczki, dopóki sytuacja się nie wyjaśni.
Droga Licjo! Wróble nie bywają lub rzadko bywają w Zakątku, bo one stronią od lasu. Przynajmniej ja ich w lesie nie widuję. Jeśli nie ma ich, lub jest ich mało w Twoim i Birdsa obejściu, to tylko dlatego, że sami mieszkacie w lesie. Wszak Gospodarzowi przemieszczenie się ze strawą z domu do Zakątka, zajmuje tylko chwilę. Jeśli jest inaczej, w co wątpię, to może być tak, że Wasze wróble zawitały w nasze progi.
Znamienne jest również to, że u nas, w tym roku, w ogóle nie widziałem sikorek. Zwykle pojawiały się bogatki i modraszki, a w tym roku nic, jakby piorun strzelił. Widuję za to na wypasionym poglądzie K4 „Leśnego Zakątka”, gdzie one wszystkie się zleciały.
Nie jestem światowej klasy analitykiem, ale wygląda mi to na zmowę albo walkę gangów. Wróble pogoniły sikory na południe, a te z kolei odpłaciły pięknym za nadobne wróblom. Stąd taka obfitość wybranych gatunków w okolicach, które dzieli jakieś 600 km.
Musisz, Licjo, także odnotować, że po ujawnieniu Twoich tęsknot na czacie, na stronie nastąpił wysyp fotografii - i z wróblami, i z mazurkami. Nadal ich nie rozróżniam, ale Ty masz dowód na to, jak bardzo dla wielu jesteś ważna.
I tym nieco wazeliniarskim akcentem, będę zamykał to moje dzisiejsze bajanie.
No! To Birds poprzednio miał ode mnie słów kilka o kosach plus okolicznościowe nagranie, Licji dedykuję ten wpis, a do wszystkich Zakątkowiczów i nie tylko, zwracam się z apelem. Chociaż czuję, że tym, którzy tu zaglądają, nic nie muszę podpowiadać, to jednak mam nadzieję, że taka dodatkowa mobilizacja przyniesie jakiś pożytek.
Kochajmy wróbelki! Jeśli nie od razu możemy rozpalić w sobie to uczucie, to zacznijmy na nie zwracać trochę więcej uwagi. Ciepłe myśli przyjdą same, a z czasem mogą przeobrazić się w głębszą czułość.
To nasz narodowy skarb, może nawet bardziej narodowy niż poczciwe boćki. Ależ oczywiscie, że za bocianami też przepadam. Tyle że one zwiastują wiosnę tylko w marcu, a potem radują nas swoim klekotem jedynie do sierpnia.
A wróble? Te miliony Ćwirków i Elemelków naprawdę robią dobrą robotę i wlewają wiosnę w nasze serca przez okrągły rok. Otwórzmy te serca dla nich w podzięce.
Na wypadek zbyt małej siły moich argumentów, przywołam na pomoc wiersz „Wróbelek” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. W tym krótkim, zabawnym utworze, autor również podkreśla trudne relacje człowieka z wróblami. Jednak jego apel o odpowiednie traktowanie tych ptaszków, jest zdecydowanie bardziej stanowczy.
„Wróbelek jest mała ptaszyna,
wróbelek istotka niewielka,
on brzydką stonogę pochłania,
lecz nikt nie popiera wróbelka.
Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta,
że wróbelek jest druh nasz szczery?!
Kochajcie wróbelka dziewczęta,
Kochajcie do jasnej cholery!”
Wszystkich serdecznie pozdrawiam.
Marek
0 gostos
↻ 0