Mój kumpel Kos

Dawno temu przeczytałem gdzieś, że kosy coraz chętniej przenoszą się do siedzib ludzkich. Zazwyczaj te płochliwe ptaki stroniły od ludzi i niechętnie opuszczały leśne ostępy. Nie wiem czy tak było naprawdę, bo tych wybornych śpiewaków, w dzieciństwie widziałem niewiele… bardzo mało… chyba wcale. Wątpię, abym ich nie zauważał, bo odkąd pamiętam „fruwaki” mnie intrygowały bardziej niż moich rówieśników. Do tego stopnia, że jako dziesięciolatek pożyczałem od kolegi kolorowy atlas ptaków, długo go studiowałem i nie mogłem nadziwić się, ile to piękna można spotkać w świecie. Z oczywistych powodów skupiałem się na rodzimych gatunkach, których w okolicy nie brakowało. Do zabudowań gospodarskich pchały się jaskółki dymówki, swoją budkę miały szpaki, wszędobylskie wróble wesoło ćwierkały całymi dniami, kopciuszki co jakiś czas mignęły swoimi rudymi kuprami. Nad Dunajcem można było spotkać brodzące w wodzie bociany białe, polujące na wygrzewające się na płyciźnie ryby. Zdarzały się także bociany czarne, które cieszyły się szczególnym szacunkiem dziatwy, bawiącej nad wówczas nieuregulowaną rzeką. Czajki gniazdowały na wyspie porośniętej młodymi krzewami, dopóki jedna z powodzi nie zabrała tego, co kilka lat wcześniej inna powódź naniosła w postaci sporej łachy piachu, żwiru i otoczaków. Nad potokiem spływającym z Gorców, pocieszne pliszki przelatywały z kamienia na kamień i stojąc na swych smukłych nóżkach zabawnie dygały ogonkami. Pod koniec lata w kępach ostów buszowały szczygły, które tata, nie wiedzieć czemu, nazywał „śtyrnadle”.
Mógłbym tak wymieniać dłuższą chwilę, a gdybym jeszcze nad każdym gatunkiem zatrzymał się na jedno zdanie, to w końcu zakiwałbym się i, ani chybi, zgubił wątek.
Oprócz wymienionych już gatunków, roiło się od wron i kawek, co krok można było spotkać sroki i kwiczoły, a z rzadka pojawiały się dość anemicznie latające sójki, ze swoimi super-ekstrawaganckimi niebeskimi „blaszkami”. Wszystkiego doglądały z wysoka skowronki i kołujące jeszcze wyzej jazstrzębie.
A kosy? Też były, ale obawiam się, że (K)kosy, o których za chwilę napiszę, możecie uznać za naciągane.
Otóż, przy drodze głównej, tzw. gościńcu, mieszkała dość liczna rodzina, która nosiła nazwisko… Kos.
Z tamtych czasów kojarzę jeszcze Kosa Janka z „Czterech Pancernych”, kosa asystującego „Pomysłowemu Dobromirowi”, i chyba też kosa, jednego z bohaterów fantastycznej francuskiej bajki o delfinach.
Tego ostatniego ptaszka nie jestem pewien, ale sprawdzę to po opublikowaniu wpisu. Jeśli okaże się, że bodajże Sebastian był ptakiem-wesołkiem innego gatunku, to najwyżej będę miał powód, aby puścić oczko do swojej niepamięci, o której rozpisywałem się poprzednio. Hmm… swoją drogą „Niepamięć”, to moim zdaniem, przyzwoite kino, z Tomem Cruise’m i Morganem Freeman’em w rolach głównych. Kos czy szpak, czy jeszcze co tam innego, nie zmienią faktu, że kto w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku oglądał kreskówkę o białym delfinie Um’ie, ten musi przyznać, że baja była pierwsza klasa.
Reasumując te moje ptasie wyliczanki, wniosek nasuwa się tylko jeden: z niewielkim czarnym ptakiem, wyposażonym w kontrastujący żółty dziób, nie spotkałem się ani w dzieciństwie, ani we wczesnej młodości.
Jednak co się odwlecze, to… wiadomo.
Jak informowałem w poprzednim wpisie, kilkanaście lat temu zamieszkałem w spokojnej dzielnicy Szczecina, gdzie dzikich zwierząt jest zadziwiająca ilość. Ku mojej coraz większej radości, są też i kosy! Odnoszę nawet wrażenie, że w bezpośrednich przyległościach jest ich tak dużo, że skłonny byłbym uznać migrację kosów z pobliskiego lasu do osiedli ludzkich, za proces zakończony. Oczywiście przesadzam, bo tak naprawdę, w przyczółku Puszczy Wkrzańskiej, gdzie chodzimy na spacery z naszą spanielką, takie trele można usłyszeć wiosną, że aż wzruszenie człowieka ściska za gardło. Łatwo o takie emocje po zimie, gdy te niezliczone głosy kosów i zięb, przy werblach dzięciołów, tworzą przecudny koncert, który niesie się w koronach starych drzew i niejako ogłasza otwarcie kolejnego cyklu Matki Natury.
A te osiedlowe kosy? Na początku ich nie widywałem. Zaczęły pojawiać się, gdy w przydomowych ogrodach nieco podrosły krzewy i wybujały drzewa. Dla mnie sprawa jest dosyć jasna. Kosy nie przeniosły się z lasu do miasta, do ludzi, tylko zajęły tereny, które zaczęły im las przypominać.
Po kilkunastu latach, efekt jest taki, że nie muszę ucinać sobie wycieczki do puszczy, aby cieszyć się koncertującym ptactwem. Mam je tuż za oknem. Zresztą sami posłuchajcie, co mnie wybudziło ostatniego lata o świcie, kwadrans przed czwartą.
Ponieważ późno chodzę spać, dla mnie czwarta rano, to początek nocy. Mimo to zwlokłem się z łóżka, otworzyłem okno i urzeczony tym nadspodziewanie głośnym koncertem, nagrałem jego kawałek ku pamięci. Szybko wskoczyłem z powrotem pod kołdrę i próbowałem zasnąć, ale nie było to łatwe przy tym „hałasie” z zewnątrz. Po pewnym czasie zorientowałem się, że do wszystkich śpiewaków dołączyła kukułka i zrobiło się jeszcze piękniej. Niestety, sen okazał się bardziej pociągającą opcją niż ulepszanie nagrania. Nie bez żalu uznałem, że to, czym dysponuję wystarczy i zapewne odpłynąłem w niebyt.
Nagranie trwa minutę, wirtuoz na pierwszym planie to dzisiejszy tytułowy bohater, a w tle słychać jego odśpiewujących pobratymców z sąsiedztwa. Jeśli skupicie się tylko na trelach, to może nie wpadnie Wam w ucho irytujące brzęczenie „bzyczków” odstraszających krety.
VID_20220703_034537682.mp4
Tak oto dobrnąłem do kosa, który razem z Birdsem stanowią inspirację dzisiejszego wpisu.
To nie jakiś tam zwykły kos. To Kos, mój kumpel! Wprawdzie „mieszka” na terenie sąsiedniej posesji, ale bardzo często zagląda do naszego ogrodu i buszuje w krzakach, które osobiście sadziłem przez kilka lat. Żywotniki, każdego roku przycinane dwukrotnie, utworzyły z czasem gęsty żywopłot, w którym harcują nie tylko kosy.
Ten mój koleś, jego piękniejsza połowa (dobre sobie w przypadku ptaków) oraz ich przychówek, przemykają nierzadko wzdłuż żywopłotów lub pod krzewami różaneczników. W swojej charakterystycznej, pochylonej do przodu pozie, uniesionym ogonem i odcinkowym pokonywaniem dystansu, przypominają mi takie miniaturowe welociraptory. Kto uległ dinomanii w latach dziewięćdziesiątych, albo chociaż oglądał „Park Jurajski”, wie jakiego zwierzaka mam na myśli.
Zdarza się czasem, że gdy przy robocie w ogrodzie łapię oddech, leżąc bykiem na trawniku, mój Kos podchodzi całkiem blisko i gapi się jednym albo drugim okiem, jakby coś ode mnie chciał. Jednego razu, podszedłem doń na czworakach na ok. 1.5 m. Stał dzielnie, dziwując się pewnie niezmiernie, ale w końcu zawinął kitę, jeśli mogę użyć takiej lisiej metafory. Widocznie na taką tylko odległość pozwala podejść czworonogom...
Znam powód dla którego, mój Kos kręci się nieopodal i zagląda głęboko w moje oczy, swoim okiem. Niestety, to jego - swojego rodzaju przywiązanie - nie wynika z faktu, że mogę być fajnym gościem. Najzwyczajniej w świecie, moje przebywanie w ogrodzie, kojarzy się panu Kosowi z żarciem. Jakimże to sposobem? Otóż, co jakiś czas działam w obejściu szpadlem. Gdzieś coś wykopię, w innym miejscu coś przesadzę, wzruszę przy okazji ziemię, wygonię na wierzch dżdżownice. I to one właśnie, dla mojego kumpla stanowią konfitury! Biega potem wokół miejsca pracy i dogrzebuje jeszcze przez dobrych chwil kilka.
Jednak ostatniego lata, mój Kos dał prawdziwy popis, ale i okazja nadarzyła się wyjątkowa.
Z małżonką porwaliśmy się na nieco większą inwestycję. Niewielką altankę-pergolę, którą zdewastowała ekspansywna glicynia, postanowiliśmy wymienić na coś bardziej solidnego nad tarasem. Oprócz wielu różnych zabiegów, trzeba było również zadbać o odwodnienie sporej powierzchni nowego zadaszenia. Wiedziałem gdzie sprowadzę rury spustowe, i widziałem gdzie chciałbym je podłączyć. Szykowały się większe wykopki, ale nie wiedziałem jeszcze jak duże. Nie mogłem namierzyć studzienki kanalizacji deszczowej, której pokrywa znajdowała się ok. 60 cm pod ziemią. Wykonałem kilka próbnych wykopów i za każdym razem wpadałem we frustrację. Na mapie studnia jest, a w terenie guzik z pętelką. Sami zobaczcie jak to wyglądało po kilku podejściach.

Trzy doły w ziemi i czwarty w mojej psychice. Na początku lipca panowały upały, do tego cała akcja toczyła się w południe. Ta niebieska plandeka dawała trochę cienia, ale efekt był mizerny. W tamtym gorącu i nerwach przypomniał mi się zasłyszany kiedyś, abstrakcyjny monolog.
„Jasny gwint, ale upał! Nawet oddychanie człowieka męczy. Dobrze, że przynajmniej śnieg nie pada, bo gdyby w tym skwarze trzeba było jeszcze odśnieżać, to ja p…”.
Jak widzicie nie wszystko kojarzy mi się z Adamem Mickiewiczem, albo ks. Józefem Tischnerem.
Przy tej ciężkiej robocie i w tym upale, musiałem co jakiś czas klapnąć i odsapnąć. Właśnie w trakcie takiej chwili wytchnienia pojawił się on. Kos, mój kumpel, aktywny jak nigdy dotąd. Przetruchtał obok mnie, prawie mnie stratował, a następnie zapakował się do napoczętego dołu w ziemi, odległego o jakieś 3 m. Straciłem go z oczu na moment, a kos z pewnością nie widział mnie. Po chwili wyszedł z tego płytkiego wykopu z pochwyconą dżdżownicą, sprawdził czy jestem grzeczny i… hyc do dziury. Znowu wyjrzał po kilku sekundach, tym razem z kilkoma dżdżownicami w dziobie, ocenił czy nadal nic głupiego nie chodzi mi po głowie i… dalej nura na dół. Wyskoczył w końcu z pękiem mięsiwa i poleciał nakarmić dzieciaki.
Patrzyłem na całe zajście jednakowo rozbawiony, jak sparaliżowany. Telefonu nie miałem pod ręką, a nawet gdybym miał, to raczej nie zdołałbym z niego zrobić użytku. Kos, takie podejrzane ruchy, mógłby uznać za zagrożenie i wziąć nogi za pas, nie oglądając się na smaczne kąski w ziemi.
Musiałem kontynuować prace, aby docelowo uzyskać efekt widoczny na poprzedniej fotografii, a ten mój mały druh, co kilka minut przylatywał i to stąd, to zowąd, brał co mu pasowało i śmigał do dzieci.
Za którąś nawrotką udało mi się pstryknąć fotkę jegomościowi. Widać na niej, że ptaszyna nie jest szczególnie wystraszona tym bliskim obcowaniem z człowiekiem.

Od tamtego dnia nazywam go kumplem Kosem. Przy tym dość intensywnym wysiłku, jego obecność sprawiała mi autentyczną radość.
Warto tutaj jeszcze nadmienić, że wykopki w ogrodzie miały miejsce w ciągu dnia 02.07.2022, a zaprezentowany wcześniej ptasi koncert, nagrywałem w noc, która nastała po tym dniu - 03.07.2022 03:45, czyli jakieś 10 godzin później.
Wychodzi na to, że mój Kos niewielkim wysiłkiem nakarmił potomstwo, sam przy okazji podjadł, a w nocy przyleciał pośpiewać pod oknem, w podzięce za pierwszorzędną wyżerkę. Nie ma sprawy mocium Panie!
A co z tym wszystkim wspólnego ma Birds? Ano trochę ma… Gospodarz „Leśnego Zakątka” na swój awatar obrał sobie kosa właśnie. Oznacza to, że ten gatunek musi Birdsowi być szczególnie miły.
Ale przede wszystkim, pamiętam jedną z rozmów, które Birds, w ubiegłym roku prowadził na czacie. Choć kierat w moim życiu nie pozwala mi uczestniczyć w dyskusji na żywo w takim stopniu, w jakim udzielałem się półtora roku temu, to niemal codziennie przez chwilę podglądam przekaz i wymianę myśli, żartów, informacji, wiedzy. Dzieje się! Czat dzięki Wam naprawdę żyje.
Zatem, w maju 2022 Birds informował, że nagrał śpiew kosa, ale ma kłopot, bo w tle słychać również odgłos ciężarówki i innych niepożądanych wtrętów. Chyba nawet próbował użyć filtrów, aby pozbyć się szumów. Wtedy postanowiłem, że nagram dla Birdsa koncert swojego kosa i przy okazji udostępnię plik. Wiem, że sporo było naiwności w tym spontanicznym planie, ale uznałem, że takie porywy serca to nic złego i nie należy ich tłumić.
Dlatego, kończąc tę historię, dołączam wokalne popisy mojego „kosiego” wirtuoza. Może Gospodarzowi przypadnie do gustu. Nagranie trwa tylko minutę, a śpiewak stoi na szczycie drzewa rosnącego u sąsiadów.
VID_20220515_211640120.mp4
Również i mnie wgrały się zakłócenia, w postaci tych wnerwiających „bzyczków” na krety. Ale w tle, oprócz cyklicznego brzęczenia, słychać coś jeszcze. Minionego lata, daleki sąsiad mieszkający o jakieś 400 m od naszego domu, "uszczęśliwiał" całe osiedle głośną muzyką. Trzeba mu jednak oddać, że repertuar dobierał ambitny, z Czesławem Niemenem włącznie.
Akurat kawałek, który wybrzmiewa w udostępnionym nagraniu, to przedstawiciel „muzy”, na której wychowałem się ja i moi rówieśnicy.
Ktoś z Was pamięta jeszcze tamten zespół i te klimaty?
Ależ to były piękne czasy! Czasy beztroski i zabawy. Aż się człowiek pod nosem uśmiecha do tych ckliwych wspomnień...
Wszystkich serdecznie pozdrawiam.
Marek